Wycieczka objazdowa Bawarskie Specjały 06-12.07.2018

© Krzysztof Brzeziński; ostatnie zmiany: 09.11.2018 g. 21:00


Wyjazd z Polski ⇒ Bayreuth ⇒ Bamberg ⇒ Norymberga ⇒ Walhalla ⇒ Ratyzbona ⇒ Neuschwanstein ⇒ Tegelberg ⇒ Linderhof ⇒ Garmich-Partenkirchen ⇒ Monachium ⇒ Berlin ⇒ Podsumowanie

Bawaria na mapie Niemiec.

Wstęp.

Ciągle tylko Grecja i Grecja, czasem Włochy... A co z innymi krajami? Naszymi sąsiadami? Postanowiliśmy od czasu do czasu robić przerwę w wojażach po Grecji, by poznać bliżej naszych sąsiadów - bliższych i dalszych. Na pierwszy ogień poszły Niemcy, a ściślej mówiąc Bawaria - malowniczy land na południowo-wschodnich krańcach Germanii. To największy pod względem powierzchni i najlepiej rozwinięty gospodarczo kraj związkowy Niemiec, ze stolicą w Monachium. Wybraliśmy z Rainbow wycieczkę Bawarskie Specjały - Comfort, przy czym słowo „comfort” oznacza tu noclegi tranzytowe w drodze z i do Polski.


Dzień pierwszy. Wyjazd z Polski.

Trasa wycieczki.

Wyruszyliśmy z Bydgoszczy w samo południe z planem przesiadki do docelowego autokaru w Poznaniu. Ale spotkała nas przyjemna niespodzianka - akurat ten autokar jechał na wycieczkę do Bawarii i od razu mogliśmy zająć miejsca docelowe. Dojazd do Poznania nie sprawił większych problemów, zwłaszcza, że od Gniezna jest już droga ekspresowa, a dalej autostrada. Natomiast wyjazd z miasta, po krótkim postoju i wymianie części pasażerów, w godzinach popołudniowego szczytu, zajął już blisko godzinę. Dalej jechaliśmy autostradami aż do samej Gery - niewielkiego miasta w Turyngii (wschodni land).

Przed granicą zatrzymaliśmy się jeszcze na dużym parkingu w okolicach Torzymia - na obiad i blisko godzinny odpoczynek. Jadąc dalej, przez „wschodnie” Niemcy, widzieliśmy za oknami krajobrazy do złudzenia przypominające te z polskiej strony granicy. Jedną różnicą były rozległe farmy dużych wiatraków (po kilkadziesiąt sztuk) - u nas takich farm chyba jeszcze nie ma. Około 23:00 dotarliśmy do małej wsi kilka kilometrów od Gery, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg tranzytowy w *** hotelu Apart Hotel Gera. Przejechanie blisko 700km z Bydgoszczy zajęło nam ponad 10 godzin.


Dzień drugi. Bayreuth - miasto Wagnera i Wilhelminy.

Wyruszyliśmy z hotelu ok. 8:15 - do Bayreuth (czyt. bajrojt), stolicy Górnej Frankonii (obecnie stanowiącej część Bawarii), mieliśmy jeszcze ponad 130 km. Przez blisko pięć wieków kraina ta była niezależnym księstwem, władanym przez kolejnych margrabiów (odpowiedników naszych hrabiów). Po abdykacji ostatniego z nich (pod koniec XVIIIw.) najpierw wpadła w ręce Prus, potem Cesarstwa Francuskiego, a ostatecznie (w 1810 roku) Napoleon odsprzedał ją Królestwu Bawarii. Jednak do dzisiaj mieszkańcy zachowali silne poczucie odrębności, o swoim regionie nigdy nie powiedzą Bawaria, tylko Frankonia, a szczególnie dumni są produkcji z piwa - jest tu największe skupisko browarów w Niemczech. Prawie połowa niemieckich browarów znajduje się w Bawarii, a ponad połowa tych bawarskich - we Frankonii. Wiele z nich to małe rodzinne interesy, produkujące wyłącznie na użytek jednego czy kilku barów/pijalni albo takie browaro-restauracje w jednym. Muzeum Browarnictwa w Bayreuth zostało wpisane do Księgi Rekordów Guinessa jako posiadające najbardziej wszechstronną i szczegółową ekspozycję.

Opera Margriabiów w centrum miasta.
Teatr Operowy na Zielonym Wzgórzu.

Jednak Bayreuth, poza Niemcami, słynnie najbardziej nie z piwa, a dzięki corocznym muzycznym Festiwalom Wagnerowskim (poświęconym wyłącznie twórczości Wagnera). Richard Wagner (1813-1883) urodził się w Lipsku. Początkowo marzył o karierze literackiej, ale ostatecznie stał się twórcą bardzo wielu oper. Nie potrafił jednak zarządzać swoimi finansami - liczne długi (m.in. za nie zwrócone do bibliotek książki) doprowadziły go do bankructwa i ucieczki przed wierzycielami za granicę. Po ogłoszeniu amnestii, powrócił do Niemiec, gdzie cieszył się już znaczną sławą. Dzięki protekcji króla bawarskiego Ludwika II Wittelsbacha (1845-1886; znany w Niemczech jako Bajkowy Król, a w Polsce jako Ludwik Szalony), mógł ponownie cieszyć się swobodą twórczą: król spłacił jego długi oraz sfinansował wystawienie w Monachium Tristana i Izoldy. W Monachium związał się Cosimą - córką Liszta, a wówczas żoną jego przyjaciela, znanego dyrygenta (miał z nią trójkę nieślubnych dzieci, w tym syna Zygfryda). Gdy Cosima została jego drugą żoną, to ona zarządzała jego finansami (skuteczniej). Dzięki poparciu króla Ludwika II (zafascynowanego sztuką, w szczególności operami Wagnera) oraz wielu ustosunkowanych przyjaciół, przeniósł się do Bayreuth. Początkowo zamierzał wystawiać swoje dzieła w barokowej Operze Margrabiów (w centrum miasta, przy pałacu) jednak okazała się ona zbyt mała - kanał orkiestry nie był w stanie pomieścić wszystkich muzyków, a atmosfera wnętrza niezbyt pasowała do wagnerowskiej koncepcji „dzieł przyszłości”. Uzyskał od miasta działkę na Zielonym Wzgórzu (Grüner Hügel) za miastem, gdzie za pieniądze króla Ludwika II zbudował własny Teatr Operowy (na podstawie planu nigdy nie zrealizowanego projektu opery w Monachium). Podobno na kilka sezonów - a przetrwał do dzisiaj.

Statuetka Richarda Wagnera.

Zwiedzanie miasta, pod opieką lokalnego przewodnika, urodzonego w Polsce, a od wielu lat tam mieszkającego (na co dzień: przewodniczący Niemiecko-Polskiego Związku Kulturalnego) - pana Ryszarda, rozpoczęliśmy od tego właśnie Teatru Operowego (Festspielhaus). Niestety musieliśmy zadowolić się zwiedzaniem z zewnątrz. Ale i sama bryła teatru robi wrażenie, a zwłaszcza ogromna (długa i wysoka) część mieszcząca orkiestrę i scenę. Część mieszcząca widownię sprawia wrażenie nieproporcjonalnie małej. Ewenementem w budowie tego teatru jest całkowite schowanie orkiestronu tak, że dyrygent i muzycy są całkowicie niewidoczni dla publiczności. Za sprawą fenomenalnej akustyki, zaliczana jest do największych scen operowych świata. Uczestnictwo w przedstawieniach było zawsze elitarne - za czasów Ludwika II miał on najlepsze miejsce, a z czasem był jedynym widzem. Obecnie bilety wyprzedane są ponoć na 15 lat naprzód, a podczas Festiwali Wagnerowskich uczestniczy w nich śmietanka życia towarzyskiego Niemiec, z panią kanclerz włącznie. Festiwalem od początku jego istnienia kieruje rodzina kompozytora. Najbardziej zasłużony był Wieland Wagner, odnowiciel festiwalu po wojnie (od 1951), znany z nowatorskich, minimalistycznych inscenizacji nie tylko dzieł Wagnera, który przyciągnął do Bayreuth najlepszych artystów z całej Europy. Od 2008 roku kierują nim jego wnuczki: Evie i Katharinie Wagner. Festiwal przyciąga rzesze czołowych dyrygentów i śpiewaków. Wielu z nich za swoje występy nie pobiera honorariów, traktując występy tu jako zaszczyt.

Leżące kiedyś na skraju miasta Zielone Wzgórze znajduje się obecnie w centrum - stąd do starówki mieliśmy tylko kilka minut autokarem. Nasz spacer rozpoczęliśmy przy barokowej Operze Margrabiów, zbudowanej w latach 1745-1750 na zlecenie margrabiny Wilhelminy (wrócimy do niej później). Zaliczana jest do najpiękniejszych i najlepiej zachowanych oper barokowych Europy i została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Z zewnątrz sprawia wrażenie równie wielkiej, jak teatr zbudowany przez Wagnera, jednak ma zdecydowanie mniejszy orkiestron. Mierząca 27 metrów głębokości scena, należała jeszcze w roku 1871 do największych w Niemczech. Jednak jej piękno można w pełni ocenić dopiero wewnątrz - ściany z lożami oraz sufit wykonane są w całości z drewna, bogato zdobionego, jak na barok przystało. Niestety trwające od jakiegoś czasu prace renowacyjne, nie pozwoliły nam wejść do środka.

Willa Wahnfried z popiersiem Ludwika II.

Niedaleko Opery Margrabiów stoi duża synagoga, jedna z nielicznych zachowanych w Niemczech. To sąsiedztwo raz ocaliło synagogę - naziści ominęli ją w czasie pogromu Żydów w 1938r. („Noc Kryształowa”), by nie spalić opery. A kiedy indziej operę - w czasie nalotów aliantów nie zbombardowano opery, by nie zniszczyć synagogi. Szliśmy dalej, słuchając wciągających opowieści przewodnika, by po kilku minutach dotrzeć do domu Wagnera (który dostał w prezencie - a jakże: od króla) - willi Wahnfried. Nazwę tę kompozytor wymyślił dokonując nieprzetłumaczalnej na język polski zbitki dwóch słów: Wahn, co znaczy zarówno złudzenie jak i szaleństwo, oraz Fried(e) – pokój lub wolność. Jego znaczenie wyjaśnia autorskie motto umieszczone na frontonie willi, po obu stronach jej nazwy: „Hier wo mein Wähnen Frieden fand – Wahnfried – sei dieses Haus von mir benannt”. Czyli: „Tutaj, gdzie moje złudzenia znalazły pokój, niech to miejsce nazwane zostanie Wahnfried”. Dziś można ją zwiedzać, podobnie jak wybudowane niedawno obok nowe muzeum poświęcone muzykowi. A także stojący po przeciwnej stronie dom syna Richarda i Cosimy - Zygfryda. W domu tym częstym gościem był Adolf Hitler. Został zaproszony na festiwal przez żonę Zygfryda - Winifred, która się w nim zakochała, nie przejmując się, co myśli o tym mąż. Bo samym Hitlerem Zygfryd pogardzał, nazywając go „takim tam Hitlerkiem”. Po śmierci Zygfryda Hitler był jeszcze częstszym gościem - zafascynowany i muzyką Richarda Wagnera, i jego synową (ich czułe zdjęcie wystawione jest w domu Zygfryda). Na tyłach willi znajduje się grób kompozytora (i Cosimy) - zgodnie z jego życzeniem: duża gładka, kamienna płyta, pozbawiona jakichkolwiek napisów czy symboli. A kilka metrów od niego, pod kamieniem z napisem: „Tu spoczywają i wartują psy Wagnera”, wcześniej spoczęli ulubieńcy kompozytora.

Do domu Wagnerów przylega rozległy park - Hofgarten, którego alejkami docieramy do Nowego Pałacu w Bayreuth, związanego z drugą ważną i równie barwną postacią miasta - Wilhelminą, księżniczką pruską i późniejszą margrabiną Bayreuth (1709-1758). Była ona najstarszą córką króla pruskiego – Fryderyka Wilhelma I Hohenzollerna i jego żony, Zofii Doroty Hanowerskiej, a siostrą króla pruskiego, Fryderyka II Wielkiego. Wielkiego, bo pod jego rządami Prusy stały się jednym z najpotężniejszych państw europejskich. Bystra, nieprzeciętnie inteligentna, uzdolniona muzycznie, o wielu pasjach i wyrafinowanym smaku artystycznym, do tego przedwcześnie dojrzała intelektualnie, dusiła się w prostej, czasem wręcz prostackiej atmosferze poczdamskiego dworu swego ojca. Ojciec szantażując ją, że pozbawi tronu jej brata, wymusił małżeństwo z Fryderykiem, margrabią Bayreuth. Małżeństwo początkowo zgrane i szczęśliwe, w późniejszym okresie uległo znacznemu ochłodzeniu i praktycznie się rozpadło. Jej mąż Fryderyk wziął bowiem za swoją faworytę i metresę Wilhelmine von Marwitz (późniejszą hrabinę Burghaus), pierwszą damę swojej żony.

Ulica Friedrichstraße.
Fontanna przed Nowym Pałacem.

Wilhelmina brała czynny udział w modernizacji miasta i kraju, a jej dwór zapoczątkował epokę rokoko w Bayreuth (niem. Bayreuther Rokoko). Tamtejszy Nowy Pałac, wybudowany po pożarze starego, stał się swoistą miniaturą Wersalu. Dwór uświetniony był wizytami Fryderyka i filozofów oświeceniowych, m.in. Woltera, co dodawało mu swoistego prestiżu. Poświęciła się także studiom naukowym i prowadziła korespondencję z Wolterem na tematy filozoficzne. Rozwijała również dalej swoje talenty muzyczne. Z jej inicjatywy, oprócz pałacu i wspomnianej wcześniej Opery Margrabiów, powstały inne prestiżowe obiekty, np. Nowy Ermitaż czy Akademia Nauk podniesiona później do rangi uniwersytetu oraz inne nowe budowle przy obecnej ulicy Friedrichstraße.

Pomnik margrabiny Wilhelminy.

Wilhelmina była także autorką licznych prac literackich i utworów muzycznych. Do najważniejszych należą jej pamiętniki, niezwykle cenne jako bogate źródło historyczne. Wilhelmina spisywała je w Bayreuth pod koniec życia, będąc już złamaną i głęboko rozczarowaną światem osobą, przez co jej dzieło literackie jest mocno nacechowane emocjonalnie, przepełnione wyrzutami w stosunku do otaczających ją osób. Świadczy o tym choćby żal wyrażony pod adresem młodszego brata, który pochłonięty obowiązkami monarszymi, zaniedbywał obowiązki braterskie. Dzieło to nie ma żadnego odpowiednika w ówczesnej Europie i często jest jedynym źródłem informacji na temat dworu poczdamskiego, osób z otoczenia Wilhelminy, Fryderyka etc. Historycy uważają obecnie, że mimo pewnych niedoskonałości, pamiętniki są w dużej mierze wiarygodne i obiektywne.

Rozkoszujemy się wyśmenitym piwem.
Wyższa kultura picia piwa w Mann's Bräu.

Przed Nowym Pałacem na dłuższą chwilę zatrzymujemy się przy niezwykłej fontannie upamiętniająca udział jednego z margrabiów w Odsieczy Wiedeńskiej. Przedstawia różnych jeźdźców - główna postać na koniu, ale cztery inne to: Indianin na orle, Beduin oraz niewiasta na rumaku i Afrykańczyk na lwie. Idziemy dalej, mijając Halę Miejską (w remoncie) obecnie pełniącą funkcje teatru, choć Wilhelmina zbudowała ją jako wielką stajnię i ujeżdżalnię koni. Przy pomniku Jean Paul-a, wielkiego niemieckiego poety romantycznego, dochodzimy do ulicy Friedrichstraße - szerokiej arterii zabudowanej prestiżowymi i majestatycznymi budynkami. Przewodnik wskazał nam browar, gdzie serwują najlepsze jego zdaniem, a jednocześnie niezbyt drogie piwo: Mann's Bräu (od 1823r.). Poszliśmy tam w wolnym czasie, po zakończeniu spaceru. Trochę zadziwiliśmy miejscowych smakoszy piwa, ładując się do środka (większość turystów wybrała stoliki na zewnątrz). Piwo było rzeczywiście wyśmienite, a atmosfera dyskusji prowadzonych przez tubylców przy kolejnych piwach, niczym nie przypominała naszych barów piwnych. No i domowe wnętrza... Wyższa kultura picia piwa.

Przechodząc malowniczą ulicą Friedrichstraße obok budynku najstarszego uniwersytetu w mieście (1738r.) mijamy inną grupę turystów, których przewodniczka przebrana jest za Wilhelminę :-). Kolejny ciekawy obiekt to manufaktura pianin i fortepianów skąd już niedaleko do głównego kościoła (luterański). Przy nim jest muzeum, do którego wchodzimy na zaledwie kilka minut - tylko po to, żeby zobaczyć makietę starego miasta i uporządkować sobie w głowie przebytą trasę i zabytki. Po chwili kończymy nasz spacer z przewodnikiem przy Starym Pałacu i Operze Margrabiów. Po wolnym czasie (spędzonym w Mann's Bräu) wyruszamy do kolejnego miasta-perełki Frankonii - Bamberga.


Dzień drugi cd. Bamberg.

Mała Wenecja.
Mała Wenecja.

Wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO Bamberg, to perełka nie tylko Frankonii, ale i całych Niemiec. Jest dla Niemców tym, czym Kraków dla Polaków. Miasto od swoich początków, przez dziesięć wieków swojego istnienia, ściśle związane jest z siedzibą biskupa (lub arcybiskupa). W 1007 król Henryk II założył w Bambergu biskupstwo, przy którym w XI wieku powstała szkoła przykatedralna, w której nauczali wybitni humaniści średniowiecza. Wokół katedry i pałacu biskupiego rozwinęło się miasto. Wpływy arcybiskupów były tak silne, że dokonał się wyraźny podział na część „kościelną” na lewym brzegu rzeki Regnitz i „świecką” na drugim, a całe miasto oparło się reformacji i jako jedno z niewielu pozostało katolickie. Czas biegnie tu wolniej, odmierzany szumem wody przelewającej się między śluzami rzek i kanałów. Bo Bamberg jest trochę jak Wenecja - cały tonie w wodzie. A wszystko dzięki rzece Regnitz przepływającej przez miasto (wpada do Menu za miastem) oraz kanałowi Ren - Men - Dunaj, który także przechodzi przez część miasta. Dlatego tak wiele tu ulic i uliczek, które zamiast asfaltu pośrodku, mają po prostu wodę, z pływającymi po niej barkami, promami i stateczkami wycieczkowymi. Ale Bamberg jest nie tylko jak Wenecja - jest również trochę jak Rzym, bo rozlokował się na siedmiu wzgórzach.

Dawna rzeźnia (z lewej).
Mała Wenecja.

Kiedy po niecałych 2 godzinach jazdy wyszliśmy z autokaru i chwilę później przekroczyliśmy most na rzece Regnitz, naszym oczom ukazało się wybrzeże rzeki gęsto zabudowane starymi domkami rybackimi. Stoją jeden przy drugim, sędziwe, a jednocześnie uroczo kolorowe - różnobarwne elewacje dodatkowo ozdobione są zielenią i kolorowymi kwiatami róż, pelargonii czy surfinii. Przed domkami znajdują się maleńkie, dosłownie miniaturowe, ukwiecone ogródki, są pomosty do cumowania łodzi, jednak na wielu z nich ustawiono donice z kwiatami. Widok przypomina trochę Wenecję, choć jest od niej nieco żywszy. Nie bez powodu przylgnęło tu określenie Kleine Venedig (Mała Wenecja). Wiele z tych urokliwych domków pochodzi z XIX wieku. Wśród nich są prawdziwe perełki - bardzo stare, średniowieczne „szachulce”. Kiedyś, gdy rzeka nie była tak uregulowana jak obecnie, partery były praktycznie niewykorzystywane - okresowo zalewane przez podnoszącą się rzekę. Ale obecnie to na nich skupione jest życie mieszkańców - widzieliśmy ludzi siedzących na tarasach, pomostach i kąpiące się w wodzie dzieci. Nie przejmowali się turystami gapiącymi się z drugiego brzegu. My widzieliśmy w tych uroczych domach piękne zabytki, a oni zapewne zwyczajne mieszkania. Na zdjęciach widać, że prawie każdy dom ma przy lewym lub prawym skraju pion pozbawiony okien - dawniej były to latryny, których otwory wisiały nad lustrem rzeki.

Msza dla motocyklistów przy katedrze.

Szliśmy wzdłuż brzegu zachwycając się widokami, dochodząc do dużego, jasnożółtego gmachu - miejskiego więzienia. Przewodniczka opowiedziała nam, że zazwyczaj zatrzymuje się z grupami w jego cieniu, kontynuując opowieść o mieście. Raz usłyszała po polsku prośbę dochodzącą z więziennego okna: „Niech pani jeszcze trochę poopowiada, bo my tu nic nie widzimy, a pani tak ładnie opowiada...” Mała Wenecja, ciągnie się jeszcze dużo dalej (można ją podziwiać ze stateczków wycieczkowych albo gondoli), ale my przed kolejnym mostem skręciliśmy w prawo na wzgórze katedralne. Wąskie, urokliwe uliczki Bamberga są zupełnym przeciwieństwem dostojnych arterii Bayreuth. Drugie zwiedzane przez nas miasto miało zupełnie innych charakter. Kiedy weszliśmy na plac przy katedrze, ujrzeliśmy niecodzienny widok. Przed polowym ołtarzem stojącym przy murach świątyni, parkowały dziesiątki dużych motocykli, a wśród nich uwijali się wytatuowani, zarośnięci faceci w „skórach”. Obecny arcybiskup jest fanem motocykli, sam też jeździ, a to, co zobaczyliśmy, to były przygotowania do mszy dla motocyklistów.

Pierwsza katedra została poświęcona w 1012r. - zaledwie 5 lat po ustanowieniu biskupstwa. Jednak zniszczyły ją doszczętnie dwa pożary, a obecna budowla, z czterema niemal identycznymi wieżami, pochodzi z 1237r. W XVIIw. dodano wyposażenie i zdobnictwo barokowe, które jednak dwa wieki później zmieniono na obecne neoromańskie (z inicjatywy Ludwika I - dziadka Bajkowego Króla). Wnętrze trójnawowej katedry Świętych Piotra i Jerzego okazało się bardzo ciemne, zwłaszcza po wejściu z pełnego słońca. Ale po chwili, gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zaczęliśmy rozpoznawać elementy, o których wcześniej mówiła nam przewodniczka. Nasłynniejszym obiektem w katedrze jest niepozorna rzeźba jeźdźca na koniu (Jeździec Bamberski) wykonana ok. 1225r. przez nieznanego artystę. Najprawdopodobniej przedstawia króla Stefana Węgierskiego, brata Henryka II, albo samego Henryka II. Szlachetna postać konia i królewska postawa jeźdźca, który z podniesioną głową wjeżdża do świątyni, jest jak na owe czasy całkowicie niespotykanym sposobem przedstawienia. Jest to pierwsza (zachowana) od czasów starożytnych monumentalna statua konna (rozmiar rzeczywisty).

Wnętrze katedry w Bambergu .
Jeździec Bamberski.

Pod chórem znajduje się majestatyczny nagrobek pary cesarskiej (z 1513r.) - Henryka II Świętego (973-1024) i jego żony Kunegundy - oboje zostali uznani za świętych. Henryk II urodził się jako bawarski książę, by stać się królem Niemiec, Włoch, a w końcu Świętym Cesarzem Rzymskim (wojował m.in. z Bolesławem Chrobrym). Płyta nagrobna przedstawia zmarłą parę, a na bocznych ściankach umieszczono płaskorzeźby przedstawiające legendy o nich. Obok tego nagrobka jest zejście do krypty, gdzie spoczywają szczątki biskupów Bamberga. Katedra jest jedynym na północ od Alp miejscem spoczynku papieża - pochowano w niej Klemensa II (???-1047), pierwszego papieża (w latach 1046-1047) z Niemiec, który wcześniej był tu biskupem (drugim z kolei, w latach 1040-1046). Obecnie grób tego papieża znajduje się poza murami katedry.

Kiedy wyszliśmy z katedry, żeby przejść do Pałacu Arcybiskupiego (Alte Hofhaltung) uderzyła nas głośna, przytłaczająca muzyka metalowa - rozpoczynała się msza, (podobno w czasie podniesienia cześć motocyklistów biegnie do swoich maszyn, odpala je i „gazuje”, zamiast tradycyjnych dzwonków.) XVIII wieczny barokowy Pałac Arcybiskupi jest obecnie remontowany i mogliśmy wejść tylko do części pomieszczeń. Szczególną naszą uwagę zwróciły piękne freski na ścianach i sufitach, a także parkiety ozdobione drewnem o różnym kolorze. Obecność sali balowej czy tronowej świadczy o tym, że biskupstwo w Bambergu było nie tylko instytucją kościelną. Od XV wieku miasto posiadało bowiem autonomię na prawach republiki miejskiej (nie uzyskało jednak uprawnień wolnego miasta Rzeszy). Jako siedziba niezależnego biskupstwa, Bamberg pozostał katolicki w okresie reformacji i jako niezależne państewko (biskupie) przetrwało aż do czasów napoleońskich, po których wcielono je do Bawarii. Z okien rezydencji rozpościerał się widok na piękny różany ogród i górujące nad nim w oddali opactwo benedyktyńskie. Ogród później zwiedziliśmy - z góry wyglądał ładniej. Natomiast opactwo szpeciły rusztowania, otaczające wszystkie wieże.

Ratusz na wyspie i „wiszący” Domek Rotmistrza.
Ratusz widziany od strony katedry.

Jak silna była władza biskupia w mieście, mogliśmy się przekonać podchodząc do Starego Ratusza. Biskup nie pozwalał na wybudowanie go na terenach świeckich, żeby nie umniejszyć swojej władzy. Podobnie mieszczanie nie godzili się, żeby stanął przy samej katedrze. Zdecydowano się więc na kompromis: w nurcie rzeki Regnitz, na wkopanych w jej dno dębowych balach, usypano sztuczną wyspę, na której zbudowano budynek ratusza. Z oboma brzegami rzeki łączą go dwa mosty. Aż trudno uwierzyć, że ten piękny Stary Ratusz stoi faktycznie na małej wysepce - można to zobaczyć z sąsiedniego mostu - co pokazuje zdjęcie obok (nie moje - znalezione w Internecie). Ratusz powstał w czasach gotyckich, jednak w XVIIIw. został częściowo przebudowany w stylu barokowym i rokokowym. Składa się z trzech, niezbyt spójnych części: barokowa wieża z prześwitem bramy i mostem, dość konwencjonalne skrzydło, bogato zdobione kolorowymi, barokowymi freskami oraz szachulcowy Domek Rotmistrza. Ten ostatni, częściowo drewniany budynek, zachował się w pierwotnej formie. Patrząc na Domek Rotmistrza ma się wrażenie, że jest zawieszony dosyć ryzykownie nad rwącym nurtem rzeki. Ponad bramą ratusza, nad rokokowym balkonem umieszczony został, podobnie ozdobiony, herb - z jednej strony biskupstwa, a z drugiej - miasta.

Ale Bamberg ma do zaoferowania nie tylko zamki, pałace, średniowieczne kościoły, kanały i mosty. To także miasto dla amatorów piwa. Sto lat temu było tu ponad sześćdziesiąt browarów. Dziś zostało ich zaledwie dziewięć, ale nadal wytwarzają piwo według starych, średniowiecznych receptur. Najbardziej znany jego gatunek, jaki można do dziś kupić, to piwo wędzone (rauchbier) z przypalonego/wędzonego słodu, produkowane według przepisu z XVI wieku. Pomysł na wędzenie słodu wyszedł przypadkiem: kiełkujące ziarno zbóż powinno być suszone na słońcu, jednak przy lichej pogodzie suszy się je na rusztach ponad płomieniami. Kiedyś taki słód został zbyt mocno uwędzony, ale piwo z niego okazało się dobre, więc wędzenie weszło do receptury. Piwo takie ma charakterystyczny mocny posmak i podobnie jak inne gatunki, jest podawane w miejscowych dobrych restauracjach, które prowadzą równolegle warzelnie. Browary są zresztą do dziś, oprócz sklepów z antykami, siłą napędową lokalnej gospodarki, bo to właśnie one kontrolują większość tutejszych hoteli i restauracji.

Wejście do restauracji/warzelni Schlenkerla.
Bogato zdobione główne skrzydło ratusza.

Najbardziej znanym browarem jest Schlenkerla, oczywiście warzący piwo ze słodu wędzonego. Charakterystyczny herb browaru przedstawia chwiejącego się browarnika - ale taki chód nie wynika z nadmiaru procentów, tylko z kalectwa piwowara - został on przygnieciony beczkami z piwem, które połamały mu nogi. Oczywiście musieliśmy skosztować tego piwa - rzeczywiście smak ma oryginalny, ciekawy. Ale jeszcze ciekawsze jest to, że gdy brak miejsca siedzącego w browarze, można kupić piwo w szklance i wyjść z nim na ulicę (płaci się kaucję za szklankę - 2€). Można z piwem w garści chodzić bezkarnie po ulicy, raczyć się nim na ulicznych ławkach czy siedząc na szerokiej i długiej balustradzie mostu. Nie ma żadnych rozrób czy ekscesów pod wpływem alkoholu. Wyższa kultura picia piwa (poziom drugi).

Bamberg wiąże się też z Polską. To stąd pochodzili niektórzy niemieccy koloniści osiedlający się w Wielkopolsce (było ich około pół tysiąca). W okolicach Bamberga było ich zbyt dużo, bo prawo nie pozwalało na podział gospodarstw na dzieci. A polskie wsie, zniszczone i opuszczone po wojnie i epidemii cholery w pierwszej połowie XVIIIw., chętnie przyjęły przybyszów. Jedynym warunkiem dla osadników było (zgodnie z nakazem Augusta II Mocnego z 1710 dotyczącego wszystkich cudzoziemców osiedlających się w Polsce) wyznanie rzymskokatolickie. Nowi przybysze uzyskali od miasta bardzo korzystne warunki: gospodarkę czynszową (polskich chłopów obowiązywała w tym czasie pańszczyzna), drewno na budowę domów, ziarno na zasiew i kilkuletnie zwolnienie z czynszu. Te same warunki, kilkanaście lat później, rozszerzono na nielicznych polskich rolników. Stosunkowo szybkiej polonizacji sprzyjała wspólna z rdzennymi mieszkańcami wiara oraz małżeństwa mieszane. Osadnicy przybyli nie tylko z okolic samego Bamberga, ale także z innych regionów Starej Rzeszy. Kobiecy strój bamberski ukształtował się w okresie XIX wieku w Poznaniu ze skrzyżowania cech strojów frankońskich, łużyckich, lubuskich oraz wielkopolskich. W początkowym okresie, ze względu na język i warunki zasiedlenia, wszystkich tych osadników zwano bambrami. W wieku XIX mianem tym określano wszystkich (niezależnie od pochodzenia) mieszkańców wsi, w okresie międzywojennym „bamber” oznaczał dobrego, bogatego gospodarza. Po II wojnie światowej słowo to zmieniło swój wydźwięk na pejoratywny i zaczęto je stosować do wszystkich bardzo bogatych rolników w całej Polsce.

Jedna z „bram” w Neunkirchen.

Z przyjemnością wędrowaliśmy po wąskich, zatłoczonych i gwarnych uliczkach i mostach Bamberga, próbując lokalnych cienkich, pieczonych kiełbasek (każde miasto w Bawarii ma ciut inne) i piwa, wczuwając się w jego niesamowity klimat. Nietknięte przez II wojnę Światową 70-tysięczne miasto oferuje turystom niezwykłą, bajkową atmosferę, arystokratyczny przepych i wspomnienia czasów germańskiej świetności. Nie znajdziemy tego w większości dużych niemieckich miast - zrujnowanych bombardowaniami i odbudowanymi w zupełnie nowych stylach. Tu wszystko zostało po staremu.

Dojazd do hotelu w Neunkirchen, w pobliżu Norymbergii, odbył się z drobnymi problemami - wjazd do miasta autokarom ograniczały stosunkowe niskie tunele (3,2m podczas gdy autokar miał prawie 4m), z tego powodu musieliśmy jechać okrężną drogą, często zbyt wąską dla autokaru, tracąc prawie godzinę. Myśleliśmy, że to jakieś wiadukty. Jednak wieczory spacer ulicami miejscowości pokazał, że są to nietypowe domy, wybudowane nad drogami, w czasach, kiedy nie znano jeszcze wysokich autokarów.


Dzień trzeci. Miasto-feniks: Norymberga.

W hotelu pod Norymbergą spędzimy dwie noce - dzięki temu trzeciego dnia nie musimy skoro świt pakować walizek, a tylko zabieramy na wycieczkę to, co będzie potrzebne tego dnia - oszczędność czasu i wygoda. Poprzedniego dnia zmagaliśmy się ze średniowiecznymi dziejami Bawarii, dzisiaj czas na zmierzenie się z najnowszą historią - ostatnich stu lat. A więc czasami nazizmuAdolfa Hitlera. Norymberga, drugie pod względem wielkości miasto Bawarii (ponad pół miliona mieszkańców), gospodarcza i kulturalna stolica Frankonii, to „miasto-feniks”, odbudowane niemal od zera po totalnym zbombardowaniu pod koniec II Wojny Światowej przez Brytyjczyków oraz Amerykanów. W wyniku tych nalotów zniszczono bowiem ok. 90% starej zabudowy. A do tego czasu Norymberga była jednym z najlepiej zachowanych miast średniowiecza. Z punktu widzenia poza-niemieckiego można by jednak stwierdzić, że sobie na to w pełni zasłużyło - 30 sierpnia 1933 roku Hitler ogłosił Norymbergę „miastem zjazdów partii” (NSDAP). Organizowane z wielkim rozmachem zjazdy i uczestniczący w nich ludzie, którzy byli uformowani w jednostki, mieli pokazywać sprawność państwa narodowo-socjalistycznego.

Hala Kongresowa widziana od strony Pola Zeppelina.
Hala Kongresowa w Norymberdze.

Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od nowej Hali Kongresowej (Kongresshalle) - jest to największy zachowany do dziś budynek z okresu narodowego socjalizmu. Hala została zaplanowana i zaprojektowana jako centrum kongresowe NSDAP i miała pomieścić 50 tys. ludzi. Została ulokowana nad brzegiem niewielkiego jeziora (Dutzendteich) i przy wejściu na teren zjazdów. Budynek ma 39 metrów wysokości (z planowanych 70) i 205 metrów średnicy. Fasada budynku jest wykonana z granitu. Projekt (szczególnie fasada) był inspirowany rzymskim Koloseum. Kamień węgielny pod budowę został położony w 1935 roku, jednak budynek nie został nigdy ukończony i nie posiada dachu. Choć plany i szkice z czasów budowy pokazują, jak miałaby wyglądać, to obecnie wątpi się, że zbudowanie tak wielkiego dachu bez wewnętrznych podpór byłoby możliwe. Kiedy wysiedliśmy z autokaru pośrodku planowanej hali, uderzył nas ogrom otaczających murów. A docelowo miały być one prawie dwa razy wyższe! Budowla, choć nie ukończona, robi wielkie wrażenie. Gdyby Hitlerowi udało się jakimś cudem dokończyć budowę, byłoby to arcydzieło architektoniczne. Od 2001 roku w północnym skrzydle „koloseum” znajduje się Centrum Dokumentacji Nazistowskiej Zlotu Partii (Dokumentationszentrum Reichsparteitagsgelände), ze stałą wystawą Fascynacja i Terror (Faszination und Gewalt).

Połowa trybuny przy Polu Zeppelina obecnie.
Cała trybuna przy Polu Zeppelina dawniej.

Przejechaliśmy autokarem na drugą stronę jeziora, skąd również były widoczne mury nieukończonej Hali Kongresowej - ta perspektywa pozwalała ocenić ogrom budowli. Hala Kongresowa nie doczekała się jednak żadnego zjazdu partii - w przeciwieństwie do miejsca, w który teraz się znajdowaliśmy - Pola Zeppelina. Nazwa „Zeppelinfeld” pochodzi od Ferdinanda Grafa von Zeppelina, który w sierpniu 1909 roku wylądował tu jednym ze swoich statków powietrznych (sterowiec LZ6). Inspirowana Wielkim Ołtarzem Zeusa w Pergamonie wielka trybuna miała 360 metrów szerokości. A zaprojektował ją Albert Speer, który przeszedł do historii jako „architekt Hitlera”. Kolumny na trybunie wysadzono w roku 1967, bo były przez lata zaniedbywane i w każdej chwili mogły runąć. W nieco lepszym stanie przetrwała tylna ściana trybuny i wielkie kamienne schody, na których gromadzili się hitlerowscy dostojnicy, przyglądający się perfekcyjnie przygotowanym zlotom partii. Podobno zachowanie tego, co zostało, przed dalszym niszczeniem kosztuje miasto 100 tys. euro rocznie. Patrząc więc obecnie na pozostałości trybuny, trzeba wyobrazić sobie stojącą powyżej niej olbrzymią kolumnadę. A przed nią znajdowała się olbrzymia przestrzeń, na której gromadziły się dziesiątki tysięcy szeregowych członków partii NSDAP.

Norymberga była świadkiem nie tylko potęgi i chwały III Rzeszy, ale także jej upadku. Po II Wojnie Światowej odbył się w tym mieście proces zbrodniarzy wojennych – słynny proces norymberski. Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze powołany został w 1945 z inicjatywy Francji, USA, Wielkiej Brytanii i ZSRR w celu osądzenia głównych zbrodniarzy wojennych Rzeszy Niemieckiej z okresu II wojny światowej, oskarżonych o zbrodnie wojenne, przeciwko pokojowi i przeciwko ludzkości. Procedował od 20 listopada 1945 do ogłoszenia wyroku w dniu 1 października 1946. Proces poprzedzony był gromadzeniem materiału dowodowego, co nie było łatwym zadaniem. Konieczne było także ujęcie wszystkich pozostających przy życiu zbrodniarzy wojennych. Na gmach sądu wyznaczono Pałac Sprawiedliwości, który nie został uszkodzony podczas wojny.

Pałac Sprawiedliwości, sala nr 600 w czasie procesu.
Pałac Sprawiedliwości, sala nr 600 obecnie.

Ze względu na to, że cały proces był obserwowany przez dziennikarzy i filmowany, sala, na której się odbywał, została przebudowana: usunięto tylną ścianę, aby zrobić miejsce dla akredytowanych dziennikarzy i zamontowano specjalne oświetlenie jarzeniowe, umożliwiające filmowanie. Dodatkowo wydzielono część dla tłumaczy, którzy tłumaczyli przebieg procesu na żywo w czterech językach. Przed trybunałem stanęły 22 osoby - 12 zbrodniarzy osądzono na karę śmierci (powieszenie), 7 na karę więzienia, a 3 oskarżonych uniewinniono. Siedmiu innych zbrodniarzy uniknęło procesu, gdyż wcześniej zmarli (zginęli lub popełnili samobójstwo). Trybunał uznał cztery organizacje powołane przez Hitlera (NSDAP, SS, SD, Gestapo) za przestępcze. Choć Polska formalnie nie brała udziału w procesie, to uczestniczyła w nim polska delegacja i zeznawało kilkoro świadków z Polski.

Mogliśmy zwiedzić Pałac Sprawiedliwości łącznie ze słynną salą rozpraw nr 600 (ponieważ wciąż jest używana, nie jest stale dostępna dla zwiedzających). Jednak największe wrażenie zrobiła utworzona piętro wyżej wystawa multimedialna związana z procesem. Ekspozycja złożona jest głównie z dokumentów, fotografii, a także fragmentów nagrań i filmów. Przedstawia wydarzenia, które poprzedziły procesy, portrety głównych oskarżonych oraz ich zbrodnie. Mieliśmy około godziny na jej zobaczenie, a można by tam spędzić cały dzień. Każdy zwiedzający wyposażony został w audioprzewodnik, który w odpowiednim języku tłumaczył wszystkie teksty wystawy (możliwe jest także zwiedzanie z żywym przewodnikiem). Dla pasjonatów II Wojny Światowej zwiedzanie Pałacu Sprawiedliwości i tej wystawy jest nie lada gratką. Niemcy, czując na sobie olbrzymią odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, wykonali tu wielką robotę. Szkoda tylko, że wystawa w obecnej postaci, powstała dopiero niedawno - wielu bezpośrednio zainteresowanych: ofiar i uczestników II Wojny Światowej, nie dożyło jej powstania.

Grób Albrechta Dürera na cmentarzu Św. Jana.
Stara część cmentarza Św. Jana.

Cmentarz Św. Jana (St. Johannis Friedhof) to jedna z najstarszych i najpiękniejszych nekropolii nie tylko Niemiec, ale i Europy. Powstały w 1395r. cmentarz ma obecnie charakter miejskiego panteonu - spoczywa tu wielu sławnych obywateli miasta: znaczący artyści, filozofowie, twórcy podstaw gospodarczej potęgi Niemiec obok pokoleń pracowitych mieszczan, bez których owej potęgi by nie było. Nie jest to jednak typowy cmentarz/zabytek - do dzisiaj odbywają się na nim pochówki, również w części historycznej, choć podlega to ograniczeniom konserwatorskim. Groby w części historycznej, wykonane według jednej miary, giną w powodzi róż, pelargonii, begonii. To właśnie kobierzec kwiatów był tym, co jako pierwsze rzuciło nam się w oczy z okien autokaru. Z poziomu ziemi kwiaty te wyglądają ciut mniej okazale, ale nadal jest to niesamowity widok. Kwiaty utrzymywane są w doskonałym stanie przez krewnych i znajomych zmarłych, a także przez wynajmowanych ogrodników. Od początku nadawano nagrobkom jednolity wygląd, co było odzwierciedleniem poglądów na równość obywateli miasta (tych zamożniejszych). Długie na sześć i szerokie na trzy stopy norymberskie (27,84cm) mają wymiary ok. 167 x 83 cm. Na płycie nagrobnej z piaskowca można było umieszczać tablice z brązu - w zależności od zamożności zmarłego, mają one różne formy, a często są wręcz małymi dziełami sztuki cmentarnej. Można tu spotkać pięknie wykonane wizerunki zmarłych, symbole cechów czy herby rodowe. Wymiary ustalone w średniowieczu zachowano do XIXw., jednak w nowszych częściach cmentarza już się ich tak rygorystycznie nie przestrzega - tam nagrobki są już podobne do tych z innych cmentarzy.

Grób bogatego mieszczanina, jego żon i dzieci.
Grób Wita Stwosza na cmentarzu Św. Jana.

Próżno by jednak szukać na norymberskim cmentarzu grobu Wita Stwosza. Ten wielki rzeźbiarz i malarz jest tu pochowany od swojej śmierci w 1533r., jednak pod nazwiskiem Veit Stoss. Szeleszcząco brzmiące polskie nazwisko jest bowiem przydomkiem nadanym mu w Polsce (prawdopodobnie przez kronikarza Jana Długosza). Nie każdy pamięta, że autor wspaniale wyrzeźbiongo ołtarza w krakowskim Kościele Mariackim nie był Polakiem, lecz Niemcem. Urodził się ok. 1448r. w małym miasteczku koło Stuttgartu. Nie za bardzo wiemy o jego wczesnej edukacji - na kartach historii i sztuki jawi się już jako dojrzały artysta. Takim był, kiedy w 1477r. przybył do Krakowa, aby podjąć się wykonania ołtarza głównego w najważniejszym kościele miejskim. Pewne cechy obecne w Ołtarzu Mariackim wskazują, że podczas swojej podróży artystycznej Stwosz odwiedził Niderlandy, a w szczególności Brukselę. Po wykonaniu Ołtarza Mariackiego oraz kilku innych dzieł, Stwosz w 1496r. przeprowadził się z powrotem do Norymbergi, gdzie wplątał się w poważne kłopoty. Pożyczył pewnemu kupcowi znaczną sumę pieniędzy, a kupiec ten niedługo potem zbankrutował (prawdopodobnie było to ukartowane). Żeby się ratować, Stwosz podrobił weksel. Fałszerstwo zostało wykryte, a artysta schronił się w klasztorze karmelitów, gdzie zakonnikiem był jego syn. Doszedł co prawda do ugody z wystawcą weksla, ale nie ochroniło go to od odpowiedzialności za fałszerstwo - został zatrzymany, osądzony i skazany. Na szczęście uniknął śmierci lub oślepienia - rozgrzanym w ogniu prętem przebito mu policzki, pozostawiając straszne piętno. Żył jeszcze przez 30 lat, jednak napiętnowany nie miał już szans na intratne zamówienia i tworzenie wielkich dzieł. Do jego grobu łatwo trafić, trzeba jednak wiedzieć kogo szukać...

Dom Albrechta Dürera przy placu Zwierzynieckim.
Zamek cesarski w Norymberdze.

Niedaleko spoczywa Albrecht Dürer (1471-1528) - urodzony w Norymberdze niemiecki malarz, grafik, rysownik i teoretyk sztuki, uważany za najwybitniejszego artystę niemieckiego renesansu. Najistotniejszą z zasług Dürera jest jego wkład w rozwój drzeworytnictwa i miedziorytnictwa. Zrewolucjonizował techniki miedziorytnicze, a drzeworytowi nadał rangę samodzielnego dzieła sztuki plastycznej, doprowadzając go do poziomu miedziorytu, w którym udało mu się do perfekcji opanować operowanie światłem. Był pierwszym nowożytnym artystą tworzącym naukową teorię sztuki - jest autorem trzech obszernych traktatów. Oprócz nagrobków tych dwóch wielkich obywateli Norymbergi, warto pochylić się nad innymi - leżą tu także Polacy, związani z tym miastem. O niektórych innych grobach ciekawie opowiadała nam przewodniczka, ale bez takich podpowiedzi, dla turystów są całkowicie anonimowe i jedyne, co można podziwiać, to kunszt artystów zdobiących płyty nagrobne oraz ukwiecone otoczenie.

Na tyłach browaru Altstadhof.

Zwiedzanie starówki Norymbergi rozpoczęliśmy od wzgórza zamkowego, z kompleksem trzech budowli: zamek cesarski (Kaiserburg), zamek burgrabiego (Burggrafenburg) i zamek miejski (Stadtburg). Podobnie jak większość starego miasta, otoczone jest potężnymi średniowiecznymi murami z licznymi basztami i głęboką fosą (mury miasta mają ok. 5km długości). Potężny zamek został bardzo uszkodzony w czasie II Wojny Światowej, ale potem go odbudowano. Dziś jest jednym z głównych punktów orientacyjnych w Norymberdze i jednocześnie wyśmienitym punktem widokowym na całe miasto. Schodząc ze wzgórza, mijaliśmy bramę do bunkra sztuki (Kunstbunker), wydrążonego pod zamkiem, gdzie ukryto i ocalono przed bombardowaniami część zbiorów z zamków i kościołów. Przechowywano tam też skradziony z Krakowa ołtarz Wita Stwosza. Nie wszystkie dzieła jednak się zachowały, bo część przewieziono do innego zamku, z dala od miasta, który też został zbombardowany. Przy placu Zwierzynieckim stoi dom Albrechta Dürera (jeden z nielicznych, które przetrwały bombardowania) i brzydka spiżowa rzeźba królika (wielkości i urody dzika). Dzikich królików jest pełno w parkach Norymbergi, podobnie było w czasach Dürera - podobno artysta przygarnął kiedyś jednego i służył mu on jako model przy rysowaniu i malowaniu.

Renesansowy Ratusz w Norymberdze.
Kościół Św. Sebalda.

Okoliczne uliczki pełne są sklepików i lokali. W jednej z restauracji, powiązanej z browarem Altstadhof na jej tyłach, zatrzymaliśmy się na odpoczynek przy szklance piwa i regionalnym preclu. Ciemne piwo (tzw. czerwone: Rotbier) smakowało wyśmienicie. Zwłaszcza w takim upale. Była okazja zajrzeć na chwilę do pomieszczeń browaru - podobno piwo warzone jest tam zgodnie ze starymi recepturami, a dodatkowo właściciel robi z niego coś w rodzaju brandy. Ciekawostką jest też fakt, że w Norymberdze wolno było sprzedawać tylko piwo wytwarzane na miejscu (obecnie pewnie nie jest to już tak przestrzegane).

Tuż obok, przy placu Albrechta Dürera (z pomnikiem artysty) stoi okazały romańsko-gotycki kościół (ewangelicki) Św. Sebalda - VIII-wiecznego pustelnika i misjonarza, który jest patronem Norymbergi. W XIIIw. zbudowano w stylu romańskim bazylikę, która na początku XIV stulecia otrzymała wczesnogotyckie nawy boczne i kaplice. W 1379 ze względu na kult św. Sebalda spoczywającego we wschodniej części kościoła, wzniesiono wielki, trójnawowy chór wschodni w stylu gotyckim. Kościół zniszczony został w 1945r. i odbudowany w latach 50. XXw. Większość wystroju na szczęście ocalała, w tym wielki, gotycki, pięknie ozdobiony nagrobek Świętego Sebalda oraz witraże. Na jednym z nich jest polski akcent - godło Polski i postać księżniczki polskiego pochodzenia. Na uwagę zasługują też płaskorzeźby z piaskowca i drewniany krucyfiks - dzieła Wita Stwosza oraz ciekawa rzeźba, którą łatwo przeoczyć. Kamienny posąg od przodu wygląda całkiem zwyczajnie, natomiast od tyłu nie ma ubrania ani skóry - ukazane są anatomicznie narządy wewnętrzne - ma to przypominać, że każdy człowiek ma śmiertelne ciało.

Przytułek Św. Ducha.
Pięna Studnia i kościół NMP przy rynku.

Przy rynku staromiejskim (Hauptmarkt) wznosi się okazały, renesansowy Ratusz z XIV–XVII w., a obok niego późnogotycka, kamienna Piękna Studnia (Schöner Brunnen), w kształcie wieży – wysoka na 19m z licznymi figurami m.in. Marii, apostołów i proroków. Jest to jedna z najbardziej znanych i rozpoznawalnych atrakcji historycznych Norymbergi. Bombardowania alianckie pod koniec II Wojny Światowej konstrukcja przetrwała okryta betonowym płaszczem. Jedna z rur wypływowych jest ruchoma i można po jej pochyleniu pobrać wodę. W ozdobnym, żelaznym ogrodzeniu umieszczone jest mosiężne kółko - o tyle dziwne, że nie ma śladów łączenia, a ówczesne techniki nie pozwalały na takie połączenie dwóch metali. Ale nie to jest najważniejsze: podobno pokręcone 3 razy (o 360°) w lewą stronę przyniesie szczęście i powrót do Norymbergi, a w prawą - potomka. Stąd też w szczycie sezonu turystycznego do studni ustawiają się długie kolejki chętnych. Nie zdążyliśmy zajrzeć do kościoła Najświętszej Marii Panny (Frauenkirche) stojącego przy rynku, bo skupiliśmy się na karmieniu gołębi nadmiarem kanapek. Ale zdążyliśmy przejść się mostami nad rzeką Pegnitz (kawałek za miastem wpływa do Regnitz). Z jednego z nich widzieliśmy ciekawie położony ponad rzeką budynek browaru przy Przytułku Św. Ducha. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że właśnie tam będziemy jeść typowy frankoński obiad. Na pierwsze danie była zupa (rosół wołowy?) z dwoma klopsami: jasny z kaszy manny i ciemny z wątróbki wieprzowej. Na drugie - wielki kawał pieczonej łopatki z kością! i skórką, duszonej w piwie i knedel do sosu. Oczywiście do tego doskonałe piwo frankońskie. Już te dwa dania prawie nas zabiły, a jeszcze podano deser - pieczone jabłko w cieście z bitą śmietaną.


Dzień czwarty. Walhalla czyli Sala bohaterów.

Walhalla - najwyższy poziom - na wzór Partenonu.
Walhalla - widok z drugiego brzegu Dunaju.

Obudziło nas pianie kogutów - pierwszy raz w Niemczech mieliśmy znak, że żyją tu jakieś zwierzęta. Bo w poprzednich dniach trochę w to wątpiłem: autostrady nie ogrodzone płotami, brak znaków ostrzegających o dzikich zwierzętach, a domowe też się w oczy za bardzo nie rzucały. Wyruszyliśmy wcześnie rano, bo program na ten dzień był napięty. A ponieważ opuszczaliśmy już hotel w Neunkirchen i musieliśmy się spakować, wstaliśmy bardzo wcześnie - z kogutami;-) Do Ratyzbony mieliśmy niecałe półtorej godziny jazdy (120km) i ta część podróży minęła bez problemów. Wjechaliśmy do miasta, gdzie mieliśmy spotkać się z przewodniczką. Prawie godzinę jechaliśmy zatłoczonymi już o tej porze ulicami, by ze zdziwieniem zauważyć, że ponownie jesteśmy na skrzyżowaniu przed Ratyzboną - na tym, na którym byliśmy prawie godzinę wcześniej. Jak się okazało, kierowcy z niewidomych przyczyn okrążyli całe miasto (dosłownie). Kiedy wreszcie trafiliśmy we właściwe miejsce, przewodniczka wyraźnie dała znać, że jesteśmy spóźnieni i pewnie będzie trzeba robić skróty w programie. Nasze wczesne wstawanie poszło na marne, a kierowcy zaliczyli pierwszy MINUS. Wyjechaliśmy z Ratyzbony kierując się na wschód, a potem na południe do miejscowości Danaustauf, gdzie czekała na nas pierwsza atrakcja tego dnia - Walhalla.

Walhalla - w połowie podstawy.

Ludwik I Wittelsbach (1786-1868), dziadek Bajkowego Króla - Ludwika I, którego poznaliśmy w Bayreuth, był królem Bawarii w latach 1825–1848. To z jego powodu (a właściwie z powodu jego ślubu) w 1810r. odbył się pierwszy Oktoberfest (festiwal piwa). Kiedy po śmierci swego ojca w 1825r. wstąpił na bawarski tron, już od pierwszych dni swego panowania dał się poznać jako wielki patron sztuk (mówił o sobie: Sztuka monachijska to ja!). Z jego inicjatywy, pod kierunkiem Leo von Klenze, dokonano przebudowy Monachium, nadając mu klasycystyczne oblicze. Ale nie tylko Monachium - pamiętamy przecież, że z jego inicjatywy dokonano przebudowy katedry w Bambergu. Podobnie było w innych miastach Bawarii. Zanim jeszcze został królem, jako młodzieniec był świadkiem przymierza zawartego między jego ojcem a cesarzem Napoleonem I i bardzo go zabolał widok ojca składającego cesarzowi poddańczy pokłon. Mimo nienawiści do Francuzów, zgodnie z wolą ojca musiał poprowadzić bawarskie oddziały, które dołączyły do Napoleona. Już wtedy (w 1807r.) zdecydował, żeby „ku pokrzepieniu serc” rodaków, wybudować wielki pomnik upamiętniający sławne postacie historyczne niemieckojęzycznego kręgu kulturowego. W ten sposób znalazło się tam też miejsce dla Mikołaja Kopernika, który z naszego punktu widzenia Niemcem nie był (niektórzy Niemcy to kwestionują), ale urodził się i mieszkał w Prusach i językiem niemieckim posługiwał się na co dzień.

Popiersie Jana Guttenberga.
Walhalla - Sala bohaterów.

W latach 1830-1842 z inicjatywy króla, a na podstawie projektu architekta Leo von Klenzego, w Donaustauf nad Dunajem, 10km na wschód od Ratyzbony, została wzniesiona klasycystyczna budowla. W swym kształcie nawiązuje ona przede wszystkim do greckiego Partenonu, a przez podstawę, na której stoi, także do wieży Babel (schody), budowli Etrusków i Persów oraz egipskich piramid. Nazwa jej zaś wywodzi się z mitologii germańskiej - Wallhall – Sala bohaterów. Według tej mitologii położona w Asgardzie Walhalla uchodziła za raj dla poległych wojowników, których z bitewnych pól zabierały do Walhalli walkirie. Zgodnie z pogańskimi wierzeniami właśnie tam najdzielniejsi bohaterowie mogli pośmiertnie świętować w towarzystwie Odyna. W tej osobliwej „świątyni ducha i geniuszu” umieszczono popiersia najwybitniejszych postaci wywodzących się z niemieckiego kręgu kulturowego - m.in. pisarzy, kompozytorów, naukowców, władców, czy świętych.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przed mostem na Dunaju, aby z dużej perspektywy zobaczyć układ tej budowli, a potem pojechaliśmy na parking, na jej „tyłach”. Choć z zewnątrz Walhalla rzeczywiście do złudzenia przypomina ateński Partenon, to wnętrze jest zupełnie inne - wielka, jasna (duże okna w suficie) sala przypomina bardziej muzeum niż grecką świątynię. Na ścianach umieszczone są dziesiątki marmurowych popiersi bohaterów. Warto zaznaczyć, że ta kolekcja popiersi jest co jakiś czas uzupełniana o nowe obiekty. W ostatnich latach trafiły tam rzeźby żyjących w XXw.: Konrada Adenauera, Alberta Einsteina czy Edyty Stein. Przeglądając kolejno wszystkie popiersia, byłem zaskoczony, jak wielu ludzi o znanych nazwiskach było Niemcami, albo wywodziło się z tej kultury.

Tego dnia naszą przewodniczką nie była Polka, lecz Niemka urodzona w Polsce (wyjechała gdy miała kilka lat) - zaskakujące dobrze mówiąca w naszym języku. Okazało się, że jej mężem jest wykładowca polonistyki na uniwersystecie, co tłumaczy tę biegłość. Pokazała nam ostatnią książkę swojego syna - kto wie, może to być ciekawa lektura. Po dużej popularności w Niemczech, została niedawno wydana w Polsce, a jak pisze sam autor: (...) jest nie tylko „oknem, przez które niemiecki czytelnik” zagląda do nas, ale jest także swoistym „lustrem” w którym możemy się sobie lepiej przyjrzeć. Warto sięgnąć po to „lustro” bo zobaczymy w nim, między innymi, to jak nas teraz widzą i postrzegają nasi zachodni sąsiedzi, co ich w Polsce i Polakach fascynuje, co się w naszych relacjach zmieniło.


Dzień czwarty c.d. Ratyzbona.

Południowy kraniec Kamiennego Mostu.
Kamienny Most z XIIw.

Około południa byliśmy już z powrotem w Ratyzbonie (niem. Regensburg) - kolejnym bawarskim mieście w całości wpisanym na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Zobaczymy, czy dotrzyma kroku Bambergowi. Jest jedną z najstarszych diecezji w Niemczech - powołana została w 739r., a więc trzy wieki wcześniej niż w Bambergu. Nie była jednak tak silna i w 1542 roku miasto przeszło na protestantyzm. Jednak do dzisiaj jest siedzibą biskupów katolickich. Handel zagraniczny z Paryżem, Wenecją i Kijowem umożliwił szybki rozwój gospodarczy Ratyzbony, która stała się jednym z najbogatszych i najliczniejszych miast Niemiec w XII i XIII w. Ponadto Ratyzbona posiadała wówczas jedyny most na Dunaju pomiędzy Ulm a Wiedniem – wybudowany w latach 1135–1146 Most Kamienny (Steinerne Brücke).

Południowa Wieża Mostowa.

Uznawany za majstersztyk średniowiecznej sztuki architektonicznej, służył za wzór budowniczym wielu innych mostów w owym czasie, np. Mostu Judyty na Wełtawie w Pradze (poprzednika Mostu Karola). Ze względu na dogodne położenie nad Dunajem, miasto było idealnym miejscem na rozpoczęcie wypraw do Ziemi Świętej - wyruszyły stąd II i III Krucjata. W 1207 Filip Szwabski nadał Ratyzbonie status wolnego miasta Rzeszy, który miasto utrzymało aż do 1803. Przejęcie miasta przez Bawarię oznaczało utratę znaczenia politycznego i uprzywilejowanej pozycji miasta w starej Bawarii. Ratyzbona zaczęła ponownie zyskiwać na znaczeniu w połowie XIX w.

Historische Wurstküche - najstarsza restauracja.
Wnętrze składu soli.

Do Starego Miasta wchodziliśmy przez Most Kamienny na Dunaju, który jest obok katedry najsłynniejszym zabytkiem miasta. O budowie Mostu Kamiennego mówi legenda, według której główny budowniczy mostu założył się z budowniczym katedry o to, kto pierwszy ukończy prace. W połowie mostu znajduje się figurka budowniczego spoglądającego w kierunku katedry. Ponieważ budowa katedry posuwała się znacznie szybciej niż budowa mostu, jego budowniczy zawarł pakt z diabłem. W zamian za pomoc, diabeł miał otrzymać pierwsze trzy dusze, które przejdą po gotowym moście. Odtąd prace ruszyły pełną parą i most był wkrótce gotowy, na długo przed katedrą. Kiedy diabeł zażądał zapłaty, sprytny budowniczy przegonił przez most trzy kury. Wściekły diabeł próbował zniszczyć konstrukcję, ale mu się to nie udało. Według jednej wersji, wgłębienie widoczne na moście to pozostałość właśnie po czarcim ataku. Druga wersja mówi, że czart wszedł pod most na środku i usiłował go podnieść i rozsypać - stąd „garb”w środkowej części. W rzeczywistości jednak most był gotowy w 1146 – dużo wcześniej, niż rozpoczęto budowę katedry (1273r.). Filary mostu spoczywają na podkładach z pni dębowych ułożonych na żwirowym dnie Dunaju. Przed rozmyciem ochraniają je sztuczne wysepki, tzw. wyspy filarowe, które tworząc przewężenia, powodują ok. półmetrowe spiętrzenie wody pomiędzy odcinkiem rzeki za mostem, a przed mostem. Pod przęsłami tworzą się silne prądy i powstaje słynny ratyzboński wir. Wyspy filarowe mostu mają jeszcze jedną zaletę - nadają mu unikalnego uroku. Obecnie most jest zamknięty dla samochodów i trwa jego gruntowna renowacja - północna część jest już odnowiona, natomiast w środkowej i południowej trwają jeszcze prace, głównie przy filarach i wyspach. Most od strony południowej zamyka Wieża Mostowa (Brückturm) - tylko ta jedna, z trzech niegdyś istniejących, się zachowała. Jest z niej przejście do budynku, który powstał w XVIIw. jako skład soli - obecnie jest tam informacja turystyczna i galeria obrazów uwieczniających most. Przy bocznym wyjściu stoi tradycyjna restauracja Historische Wurstküche - przewodnicy żartują, że najstarsza w mieście - stoi bowiem w miejscu dawnej kuchni dla budowniczych mostu. Obecny budynek jest z XVIIw., ale archeologicznie potwierdzono istnienie wcześniejszego - z XIIw. Restauracja serwuje głównie tradycyjne kiełbaski z kiszoną kapustą i musztardą.

Stare miasto z kamienicami - wieżami.
Porta Praetoria - północna brama obozu rzymskiego.

Ratyzbona jest jednym z najstarszych miast w Niemczech. Około 170r., cesarz Marek Aureliusz przy ujściu rzeki Regen (stąd niem. nazwa miasta: Regensburg) do Dunaju zlecił budowę obozu legionistów Castra Regina (czyli: warownia nad rz. Regen). Obóz otaczał mur wysoki na ok. 10m, z czterema bramami i licznymi wieżami. Jego zarys jest do dziś widoczny na terenie obecnego Starego Miasta. Do czasów obecnych zachowały się również kamienne pozostałości Porta Praetoria, bramy północnej. Jej fragmenty stanową część obecnych murów kamienic.

Od Porta Praetoria rozpoczynamy zwiedzanie Starego Miasta. Historyczne centrum miasta zachowało się w bardzo dobrym stanie i tworzy największą średniowieczną starówkę na terenie Niemiec. Przewodniczka ostrzegła nas, żeby patrzeć uważnie gdzie idziemy (w czasie wolnym), bo w gąszczu uliczek, bardzo podobnych do siebie, często bardzo wąskich, łatwo się zgubić. Rzeczywiście starówka Ratyzbony okazała się bardzo rozległa - wąskimi, urokliwymi ulicami ze strzelistymi wieżami i oryginalnie ozdobionymi kamienicami można by spacerować godzinami. Miasto posiada największą na północ od Alp liczbę tzw. wież rodowych budowanych przez bogate rodziny patrycjuszy. To rodzaj kamienicy o wielu kondygnacjach - im wyższa taka wieża, tym wyższy status społeczny rodziny. Najwyższa z nich - Złota Wieża - ma 28 metrów wysokości - prawie tyle, co 10-piętrowy blok. Obecność tak wielu wież rodowych, niezmiernie popularnych we Włoszech, przyczyniła się do nadania miastu przydomka „najbardziej na północ wysuniętego miasta Włoch”. Oczywiście wieże te, choć wysokie, nie mają wind. Więc mimo swego uroku, są dość niewygodne w użytkowaniu. Komu chciałoby się wiele razy dziennie pokonywać schody do najwyższych kondygnacji? Studentom! Wiele wież zostało odkupionych przez miasto i przerobionych na stancje/domy studenckie.

Wieża ratusza.
Stary Ratusz - po lewej Sala Rzeszy.
Tradycyjna wieża rodowa.

Jedna z wież, bardzo podobna do innych, ma jednak pewną istotną różnicę - na najwyższej kondygnacji umieszczony jest duży zegar - to Stary Ratusz. W dużej Sali Rzeszy (Reichsaal) obecnie podejmowani są ważni goście, zwłaszcza z zagranicy. Jednak dawniej (od 1663 do 1806r.) obradował tu tzw. Nieustający Sejm Świętego Cesarstwa Rzymskiego, w którym uczestniczyli delegaci z całej Europy. Cesarz był reprezentowany przez Komisarzy Głównych - przez ostatnie 65 lat był nim książę z rodu Thurn und Taxis - o tej rodzinie więcej za chwilę. Sejm Rzeszy zatwierdzał wszystkie ważne decyzje cesarza. Jego początki wywodziły się od zebrań wasali i dworzan (Hoftag) organizowanych już za czasów Karolingów. Od 1180 w zjazdach uczestniczyli wszyscy książęta terytorialni. Hoftagi rozstrzygały o najważniejszych sprawach państwowych. Od końca XIII wieku zaczęto powoływać do Hoftagu przedstawicieli miast cesarskich, jednak bez prawa głosu. U schyłku XV wieku skrystalizował się skład Hoftagu, który przybrał formę Sejmu Rzeszy – Reichstagu. Początkowo obradował doraźnie, w miastach, w których przebywał cesarz. Jednak w 1663r. został na stałe przeniesiony do Ratyzbony, gdzie obradował bez przerw - stąd nazwa Nieustający Sejm... Przy wejściu do ratusza wmurowane są wzorce miar długości uznawane w Ratyzbonie: stopa, łokieć i sążeń.


Wnętrze katedry w Ratyzbonie.
Front katedry w Ratyzbonie.

Wieże rodowe - choć wysokie - nie są w stanie dorównać wieżom katedry. Gotycka katedra, której budowę rozpoczęto w XIII wieku, znajduje się dość blisko bramy północnej i kamiennego mostu. Niestety z powodu porannego spóźnienia, nie było czasu na zwiedzanie wnętrza z przewodniczką. Dopiero w czasie wolnym poszliśmy tam sami. Pierwsza katedra w Ratyzbonie powstała wkrótce po założeniu w mieście biskupstwa w 739. W końcu VIIIw. lub na początku IXw. wzniesiono trójnawową bazylikę pod wezwaniem św. Piotra. Po pożarze 1273r. zdecydowano o budowie nowej świątyni - w stylu gotyckim. Budowa jej trwała kilka wieków, w międzyczasie pojawiły się w niej elementy barokowe, które ostatecznie usunięto w XIXw., na polecenie króla Bawarii Ludwika I. Wówczas dokończono też obecne wieże, których budowę rozpoczęto trzy wieki wcześniej. W 1872r. budowa katedry została ostatecznie ukończona. Na szczególną uwagę zasługują liczne rzeźby gotyckie oraz pięć kamiennych ołtarzy baldachimowych. Nietypowa jest rzeźba Archanioła Gabriela nieznanego artysty - to chyba pierwsze przedstawienie anioła, który się uśmiecha. Świątynia posiada imponujące witraże z  XIII, XIV oraz XIX wieku. Z okresu średniowiecza zachowało się ok. 1100 oryginalnych kolorowych szyb witrażowych. Witraże XIX-wieczne powstały na zlecenie króla Bawarii Ludwika I. Z katedrą w Ratyzbonie wiąże się nazwisko Ratzinger - brat emerytowanego papieża - Georg - był w latach 1964-1994 dyrektorem muzycznym katedry i dyrygentem chóru katedralnego.

Uśmiechnięty anioł w katedrze.

Wróćmy jednak do rodu Thurn und Taxis. To niemiecka rodzina książęca, która w XVIw zrewolucjonizowała przesyłki pocztowe. Aby skrócić doręczanie poczty cesarza Maksymilina I pomiędzy rezydencjami monarchy w Innsbrucku i Brukseli, wpadli na ciekawy pomysł. Zamiast pojedynczego kuriera, którego koń wymagał częstych odpoczynków, zorganizowali posterunki z wypoczętymi końmi, rozsiane wzdłuż traktów. Kurier dostarczał przesyłkę do najbliższego posterunku, skąd dalej inny wiózł do kolejnego itd. Kilkakrotnie skróciło to czas dostarczania przesyłki, a przyjęty model działania stał się zalążkiem europejskiej poczty. Przedstawiciele rodziny Thurn und Taxis piastowali przez trzy wieki (XVI-XVIII) urząd Generalnego Poczmistrza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Zdobyli i ugruntowali bogactwo swojego rodu, które inwestowali w ziemie i browary. W XIX wieku byli jednymi z największych posiadaczy ziemskich na terenach niemieckich, z kilkoma tytułami książęcymi - m.in. księcia Krotoszyna w Prusach. A skąd taka nazwa rodu? Rodzina powstała w XIIIw. z połączenia włoskiej rodziny de la Torre (co po włosku znaczy „wieża”) z inną rodziną: Tasso (po włosku borsuk). Niemiecki odpowiednik wieży - Turm - przekształcono w Thurn. A Tasso, po zniemczeniu - Dachs, przekształcono w Taxis. Do dzisiaj w herbie rodu jest zarówno wieża, jak i borsuk.

Inna komnata z portretem księżniczki Glorii i jej męża.
Jedna z komnat Zamku Thurn und Taxis.

Choć po II wojnie światowej niemiecka arystokracja mocno zubożała, najznakomitsze rody często są nadal bajecznie bogate. Na liście najzamożniejszych Niemców opublikowanej kilka lat temu, obecna głowa rodziny - księżna Gloria von Thurn und Taxis zajmuje miejsce w połowie drugiej setki, z majątkiem szacowanym na ok. 1,5 mld euro. Dziś księżna cieszy się nie tylko wizerunkiem skutecznej bizneswoman, ale też zaangażowanej katoliczki i wzorowej matki trojga dzieci. Jednak nie zawsze tak było. W młodości nazywana była dziką księżną - paliła haszysz i zażywała kokainę, szastała pieniędzmi, nosiła ekscentryczne fryzury i stroje. Po śmierci męża Johannesa w 1990r., kiedy okazało się, że finanse rodu są mocno nadszarpnięte, księżna Gloria ustatkowała się i z powodzeniem zajęła pomnażaniem rodowego majątku. Między innymi przez takie działania, jak wynajmowanie zamków i pałaców na różne imprezy. Dzięki temu można obecnie zwiedzać należący do rodziny Zamek św. Emmerama (zwany czasem Zamkiem Thurn und Taxis) w Ratyzbonie. Oczywiście, gdy nie przebywa w nim nikt z rodziny książęcej.

Zamek Thurn und Taxis.

Emmeram był frankijskim biskupem, który w VII wieku przybył do Bawarii z misją ewangelizacyjną. Został przyjęty w Ratyzbonie na dworze księcia Theodo I, gdzie szybko zyskał sobie opinię nobliwego i świątobliwego męża, i działał jako misjonarz przez kilka lat. Kiedy córka księcia, Uta zwierzyła mu się, że została uwiedziona przez jednego z dworzan jej ojca i spodziewa się dziecka, Emmeram wpadł na oryginalny pomysł. Polecił dziewczynie, że kiedy on wyjedzie do Rzymu, ma powiedzieć swojemu ojcu, że to on, biskup Emmeram, jest ojcem dziecka. Miało to zmniejszyć jej hańbę, gdyż był człowiekiem powszechnie szanowanym. Uta posłuchała rady świątobliwego męża. Jak można się domyśleć, książę wpadł we wściekłość i natychmiast wysłał pościg za nieszczęsnym biskupem. Książęcy gniew dogonił biskupa, któremu natychmiast zgotowano wymyślne tortury ze skutkiem śmiertelnym. Ciało Emmerama zostało przeniesione do kościoła św. Jerzego w Ratyzbonie. Do grobu Emmerama (świętym został dopiero w 1833r.) zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów - kościół św. Jerzego nie mógł ich wszystkich przyjąć. W połowie VIII wieku szczątki przeniesiono do kościoła, który obecnie nosi jego imię, przy nowopowstałym opactwie benedyktynów. W XIX wieku, po sekularyzacji, budynki klasztorne zostały przejęte przez książąt Thurn und Taxis, jako zadośćuczynienie za utratę bawarskiego monopolu pocztowego.

Lunch z widokiem na Stary Ratusz.
Wnętrze bazyliki św. Emeralda.

Z Starego Miasta do zamku jest zaledwie kilka kroków. Zwiedziliśmy go tym razem w towarzystwie miejscowej, niemieckojęzycznej przewodniczki i tłumaczki. Zdjęć mamy niewiele, bo formalnie nie wolno ich było robić. Bogato, ale gustownie urządzone wnętrza, sprawiają bardzo naturalne wrażenie, jakby ktoś tam cały czas mieszkał. Nie ma barierek blokujących dostęp do części pomieszczeń, jak w typowych zamkach/pałacach przekształconych w muzea, a jedynie sznurki uniemożliwiające siadanie na meblach. Czuło się, że nie jest to rezydencja duchów, tylko żywych ludzi. Do zamku przylega romańska bazylika św. Emeralda z przestronnym wnętrzem o jasnym, barokowym wystroju - podobnym do wystroju zamku. Warto wejść tam choćby na chwilę.

Kiedy opuszczaliśmy zamek, byliśmy już mocno zmęczeni. Napięty program, żar z nieba i kilka kilometrów „w nogach” sprawiły, że z przyjemnością poszliśmy na lunch i piwo. Biuro Rainbow znów wybrało dla nas ciekawy lokal, z widokiem na Stary Ratusz. I tym razem głównym składnikiem obiadu był duży kawał mięsa i tradycyjny bawarski knedel ziemniaczany, który po rozerwaniu dobrze chłonął sos (dlatego nie kroi się go nożem). Do tego duuuży bukiet sałatek. Wszystko było pyszne i na szczęście w trochę mniejszych porcjach niż poprzedniego dnia. A do tego wyśmienite piwo pszeniczne (Weißbier)... Jedyny niemiły akcent był na końcu, kiedy okazało się, że za napoje musimy sami zapłacić - piwo było w miarę rozsądnej cenie - 4€, ale kieliszek wina kosztował dwa razy więcej!

Do hotelu w Neufahrn (24km od centrum Monachium) dotarliśmy wieczorem - byliśmy tak zmęczeni, że prawie całą drogę przespaliśmy. Zaskoczyło nas w hotelu to, że nie tylko wielu gości, ale też prawie cały personel był „obcy kulturowo”. Później w Monachium również na każdym kroku widzieliśmy Niemców obcego pochodzenia (a także wielu turystów z arabskiego kręgu kulturowego). Cóż takie Niemcy są dzisiaj. Ale nie mieliśmy z tym żadnych problemów.


Dzień piąty. Bajkowy zamek Ludwika Szalonego.

Neuschwanstein - widok z parkingu.
Neuschwanstein widziany z okna autokaru.

Po czterech upalnych dniach, prognozy przewidywały niższe temperatury, ale niestety z deszczem. Dotychczas nie padało, ale tego dnia szczególnie nam na tym zależało - Alpy i zamek Neuschwanstein w deszczu, to nie było to, co chciałoby się oglądać. Kiedy bardzo wcześnie rano wyruszyliśmy z hotelu, niebo wyglądało całkiem ładnie. Ale jechaliśmy w góry - tam mogło być zupełnie inaczej. Zaraz po wjechaniu na autostradę utknęliśmy w korku - zapewne za sprawą porannych godzin szczytu koło Monachium. Dobre 40 minut minęło, kiedy znów mogliśmy jechać z normalną prędkością. Pilotka telefonicznie z trasy rezerwowała wstęp do zamku Neuschwanstein. Kiedy ok. 10:15 dotarliśmy na parking okazało się, że jeszcze 5-10 minut i nasza rezerwacja na 11:45 zotałaby anulowana. A następną wolną godziną na zwiedzanie była 18:00. Odetchnęliśmy z ulgą. Teraz bardziej zaczęliśmy przejmować się pogodą - zaczęło się mocno chmurzyć, choć nadal było dość ciepło, pomimo, że byliśmy na wysokości ok. 700m n.p.m. Kilkanaście autokarów na parkingu, dziesiątki aut osobowych i tłumy na drodze - szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie będzie to zwiedzanie w kameralnym gronie. Krótka przerwa na WC i wyruszamy do zamku stromą asfaltową drogą. Na odcinku około 1700 metrów wznosi się ona o około 150 metrów - to żadna trudność. Ale dla starszych osób (i młodych, ale z Chin) - istniała alternatywa - wjazd dorożką. Dla pieszych te dorożki były utrudnieniem, bo za nimi, tempem podobnym do naszego, jechał pojazd zbierający (i zmywający) przetrawione resztki końskiego śniadania.

Widok z tarasu zamku Neuschwanstein.
Hohenschwangau - widok z parkingu.

Zamek Neuschwanstein jest najsławniejszym spośród zamków Ludwika II Wittelsbacha (1845-1886), o którym słyszeliśmy już w Bayreuth. I jedną z najbardziej znanych atrakcji turystycznych Niemiec. Każdego roku zwiedza go ponad 1,3 miliona turystów (w sezonie nawet 10 000 osób dziennie) - więc tłumy na parkingu nie powinny dziwić. W miejscu obecnego zamku w średniowieczu istniały dwa mniejsze, które od XVw. należały już do Wittelsbachów. Jednak w XIXw. popadły w ruinę, a jeden z nich zaadoptowano na punkt widokowy. Ludwik II spędził część swojego dzieciństwa nieopodal ruin – w sąsiednim średniowiecznym zamku Hohenschwangau (wznosi się na skale nad parkingiem), przebudowanym około roku 1837 przez jego ojca, króla Maksymiliana II, na romantyczny pałac mieszkalny. Hohenschwangau był wcześniej znany jako zamek Schwanstein (Schloss Schwanstein), a swoją obecną nazwę otrzymał dopiero po przebudowie. Do ruin powyżej pałacu królewicz Ludwik II odbywał wycieczki - już chyba wtedy wyobrażał sobie w tym miejscu nowy zamek. Kiedy więc zasiadł na tronie w 1864 roku, jego pierwszym większym przedsięwzięciem budowlanym była budowa, w miejscu ruin, nowego „zamku rycerskiego”. Inspiracją do budowy Neuschwanstein były dwie podróże Ludwika II: w maju 1867 roku zwiedził, w towarzystwie swojego brata, Ottona, odrestaurowany Wartburg pod Eisenach, a w lipcu tego samego roku zobaczył francuski zamek w Pierrefonds, odbudowywany wówczas z ruin. Obie budowle stanowiły dla króla romantyczne odniesienia do średniowiecza, podobnie jak muzyczne baśnie Richarda Wagnera, które silnie zainspirowały władcę. Kiedy w kolejnym roku zmarł jego dziadek (Ludwik I), odziedziczył majątek, kóry powolił mu na realizację marzeń - budowy zamku/pałacu, do którego mógłby wyrywać się z dworu w Monachium, gdzie nie czuł się najlepiej. Wstępny zarys zamku stworzył monachijski malarz teatralny Christian Jank, a projekt budowlany na ich podstawie przygotował architekt Eduard Riedel. Plany wciąż modyfikowano, a Ludwik II żywo uczestniczył we wszystkich tych pracach. Jego wpływ na kształt zamku był na tyle znaczący, że budynek może uchodzić bardziej za wytwór wyobraźni króla, niż architektów.

Widok z tarasu na jezioro Alpsee i Hohenschwangau.
Makieta zamku Neuschwanstein.

Budowa zamku rozpoczęła się w 1869 roku. Życzenia i wymagania (a wraz z nimi wydatki) Ludwika II rosły w miarę postępu prac tak, że kosztorysy musiały być wielokrotnie poprawiane. Np. zamiast obecnej sali tronowej przewidywano początkowo jedynie skromny gabinet. Kompleks, z powodu rozmiarów, nie był dostosowany do pełnienia siedziby dworu, a jedynie dawał lokum królowi i jego służbie. Sąsiednie budynki dworskie pełniły funkcję bardziej dekoracyjną, niż mieszkalną. Kilkakrotnie przekładano przewidziany początkowo na 1872 rok termin zakończenia budowy. W 1884r. Ludwik II po raz pierwszy zamieszkał w Neuschwanstein, w którym nadal trwały prace budowlane, a król nigdy nie zobaczył swojego „Nowego Zamku” bez rusztowań. W kolejnym roku zorganizował tam uroczystość z okazji 60. urodzin matki, mieszkającej nieopodal w Hohenschwangau. W 1886r. mury głównej części zamku oraz części bramnej były prawie gotowe, ale do ostatecznego zakończenia budowy jeszcze trochę zostało. Koszty wszystkich przedsięwzięć budowlanych Ludwika II (z tego, co odziedziczył i późniejszych pożyczek) doprowadziły go na skraj bankructwa. Jednocześnie bez reszty oddał się sztuce i budowaniu swoich zamków, zaniedbując swoje obowiązki monarsze. Niektórzy wręcz uważali, że oszalał na punkcie sztuki i zamków. Stworzył swój alternatywny świat, w którym jako panujący król Bawarii, mógł żyć jak król w Średniowieczu albo barokowej epoce absolutyzmu. Wszystko to sprawiło, że rząd bawarski w 1886r. zdecydował o zmuszeniu króla do abdykacji. 9 czerwca 1886 roku ubezwłasnowolniono go, a następnego dnia do Neuschwanstein przybyła komisja, która miała go pojmać. Ludwik II uwięził ją w wieży bramnej, a później odesłał do Monachium. Następnego dnia pojawiła się kolejna komisja, kierowana przez osobistego lekarza króla. Tym razem władca został zmuszony do opuszczenia Neuschwanstein - w nocy z 11 na 12 czerwca 1886r., po zaledwie 172 dniach zamieszkiwania, a następnie przewieziony i osadzony w zamku Berg. Tam z osobistym lekarzem wybrał się na spacer, z którego obaj nie wrócili. 13 czerwca 1886 roku ich ciała znaleziono na brzegu jeziora Starnberger See, niedaleko zamku. Przyczyny śmierci nie są do dziś jasne. Według oficjalnej wersji utonęli w jeziorze. Przypuszczalnie jednak obaj zostali zamordowani. Teraz chyba przydomki króla Ludwika II - Bajkowy Król albo Ludwik Szalony - stają się bardziej zrozumiałe.

Sala Tronowa w Neuschwanstein.

Ludwik II nie zamierzał nigdy udostępnić zamku publiczności, niemniej uczyniono to już sześć tygodni po jego śmierci. I dopiero wtedy nadano mu obecną nazwę - Neuschwanstein czyli nowy Schwanstein (tak nazywał sie Hohenschwangau przed przebudową). Dzięki opłatom za wstęp uregulowano część długów, dokończono budowę, a zarządcom majątku udało się do 1899r. w całości spłacić zobowiązania. Obecnie zamek jest własnością landu Bawaria. Położony na uboczu przetrwał bez uszkodzeń obie wojny światowe. Podczas tej ostatniej służył jako magazyn zagrabionych z Francji dzieł oraz złota z banku Rzeszy, które zostało w ostatnich dniach wojny przetransportowane w nieznane miejsce. SS miało zamiar w kwietniu 1945 wysadzić Neuschwanstein, by uniemożliwić wrogowi przejęcie budynku i dzieł sztuki, ale wyznaczony dowódca jednostki nie wykonał rozkazu i przekazał zamek aliantom. Po wojnie część pomieszczeń wykorzystywały bawarskie archiwa, jako prowizoryczny skład dokumentów, do czasu odbudowania budynków w Monachium. Niezwykła sylwetka zamku i malownicze położenie - w lesie, z alpejskimi szczytami w tle, uczyniły go idealnym obiektem fotografii, a w konsekwencji: pocztówek, kalendarzy, pamiątek itp. Choć nie ze wszystkich stron wygląda tak uroczo i romantycznie. Walt Disney wykorzystał go jako pierwowzór zamku Śpiącej Królewny, co jeszcze bardziej spopularyzowało zamek. Stał się jednym z najczęściej odwiedzanych i fotografowanych budynków świata. Neuschwanstein znalazł się w 2007 roku na liście finalistów Nowych siedmiu cudów świata i uzyskał ósmą lokatę - tuż za podium. Od 2008r. podejmowane są działania na rzecz umieszczenia Neuschwanstein (oraz innych pałaców Ludwika II: Linderhof i Herrenchiemsee) na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Most Marii nad wodospadem rzeki Pöllat.
Widok z tarasu na Most Marii i dolinę rzeki Pöllat.

Po 40 minutach marszu dotarliśmy z parkingu do podstawy zamku. Stąd nie wygląda już tak ładnie jak z daleka - brakuje perspektywy. Dodatkowo od wschodniej (tej najczęściej fotografowanej) strony pokrywały go rusztowania - cóż, nie pierwsze i pewnie nie ostatnie podczas naszej wycieczki. Ze względów bezpieczeństwa zwiedzanie (trwające ok. 35 minut), dozwolone jest tylko w grupach z przewodnikiem. Oferowane jest także zwiedzanie tematyczne, np. poświęcone historiom przedstawionym na obrazach, znajdujących się we wnętrzu. Po krótkim posiłku i „zwiedzeniu” stoisk z pamiątkami przyszła wreszcie nasza kolej na wejście. Otrzymaliśmy odbiorniki, które przez cały czas musieliśmy trzymać przy uchu jak telefon (niektórym dało się podłączyć zew. słuchawki z TourGuide-a). Wędrowaliśmy za przewodniczką komnatami zamku, na różnych piętrach, jednak ona właściwie niczego nie mówiła (tylko kierowała ruchem) - wszystkiego słuchaliśmy z odbiornika.

Sypialnia w zamku Neuschwanstein.

Niestety nie można było robić zdjęć we wnętrzach, a kamery i przewodniczka bardzo tego pilnowały - to co tu obok zamieszczam, pochodzi z Internetu. Zarówno architektura, jak i wystrój wnętrz zamku to zlepek różnych stylów, często nie pasujących do siebie (romantyczny eklektyzm), jednak wyglądało to ciekawie. Wszystkie komnaty zamkowe są udekorowane scenami z germańskich i nordyckich legend, które były też inspiracją dla dzieł Wagnera: „Lohengrin” (Rycerz Łabędzia), „Tannhäuser”, „Tristan i Izolda” czy „Pierścień Nibelunga”. Największe wrażenie robi chyba Sala Tronowa (ukończona za życia króla) - marmurowa i przestronna (jak na tak mały zamek), z dwukondygnacyjnymi ścianami, zdobionymi rzędami kolumn i malowidłami na ścianach i sufitach. Podobno wzorowana jest na kościele Hagia Sofia w Stambule. Nie sposób nie zwrócić uwagi na wielki pozłacany kandelabr (900kg, 90 świec) podwieszony u sufitu. Ścienne polichromie wiążą się ze św. Graalem. Druga wielka komnata - Sala Śpiewaków - aż kipi od złoceń, a malowidła ścienne przedstawiają motywy legendy o Parsifalu. To tu król miał wysłuchiwać ulubionych pieśni operowych, podczas gdy śpiewacy na chórze byli dlań niewidoczni. Mogła też pełnić rolę sali balowej. Jadalnia ze ścianami pokrytymi dębową boazerią, daje tylko przedsmak tego co zobaczyliśmy w sypialni: ozdobiona licznymi drewnianymi rzeźbami, w stylu gotyckim, z misternie zdobionym łożem królewskim i wielkimi malowidłami przedstawiającymi Tristana i Izoldę (inspiracja Wagnerem). Garderoba, gabinet, pokój dzienny czy zamkowa kaplica - wszędzie bogato zdobiona boazeria i wspaniałe malowidła. Ze sztucznej jaskini stalaktytowej wychodzi się do osłoniętego szklanymi szybami ogrodu zimowego. Po zakończeniu zwiedzania z przewodnikiem mogliśmy bez problemu skorzystać z WC i sklepu z pamiątkami. A także rzucić okiem z tarasu widokowego na Alpy (niestety tylko najbliższe - dalsze skrywały chmury), widoczne w dole jezioro Alpsee i zamek Hohenschwangau. Oraz na Mostek Marii, z którego zamek podobno wygląda uroczo. W całości zachowana kuchnia zamkowa, przez którą opuszczaliśmy zamek, urzeka swoją funkcjonalnością i nowinkami technicznymi (bieżąca zimna i gorąca woda, zautomatyzowane rożna do obracania pieczeni) oraz błyszczącymi miedzią naczyniami.

Kuchnia zamkowa.
Widok z Marienbrücke na zamek Neuschwanstein.

Wychodziliśmy z innej strony zamku, więc musieliśmy z Mirkiem wrócić do wejścia po nasze plecaki pozostawione w depozycie. Nasze Panie to niecnie wykorzystały i „pogalopowały” na Mostek Marii (Marienbrücke) skąd zrobiły fantastyczne zdjęcia na południową fasadę zamku. Rzeczywiście z tego miejsca Neuschwanstein prezentuje się uroczo, a rusztowań na szczęście nie było widać. Co ciekawe, most nazwany na cześć matki Bajkowego Króla - Marii, księżniczki Prus, jest starszy od samego zamku. Wcześniejsza drewniana kładka została w 1866r. zastąpiona obecną konstrukcją stalową, górującą na wysokości 92 metrów ponad 45-metrowym wodospadem rzeki Pöllat. Nieplanowana wycieczka na mostek sprawiła, ze kiedy opuszczaliśmy zamek, do ustalonej godziny odjazdu autokaru zostało nam 15 minut - Mission: Impossible, więc spóźniliśmy się ponad 10min. Ale nie byliśmy jedyni i przede wszystkim: było warto!

Od osoby, która była tu kilka tygodni wcześniej usłyszeliśmy, że zamek Neuschwanstein ją rozczarował. Czy i nas rozczarował? Zdecydowanie NIE! Z przyjemnością mogliśmy zobaczyć go w naturalnej scenerii z zewnątrz, a także zwiedzić jego wnętrza. Choć przyznam, że kilka rzeczy nie było zgodnych z moimi wyobrażeniami, oczekiwaniami. Po pierwsze tłumy turystów: naiwnie liczyłem, że oprócz naszej będzie tylko kilka innych wycieczek - ale kilkanaście czy kilkadziesiąt? Tego się nie spodziewałem. Druga rzecz, to rusztowania - niemile nas zaskoczyły, na szczęście były tylko z jednej strony zamku. Ale przecież polski „odpowiednik”, który zwiedzaliśmy kilka lat temu - Zamek Książ - też był nimi okryty. Kolejna sprawa zaskoczyła nas jednak pozytywnie. Spodziewałem się, że w tak małym zamku (sądząc po tym co widzieliśmy wcześniej na zdjęciach) komnaty też będą malutkie. Okazało się jednak, że są „prawie normalnej” wielkości, tylko po prostu jest ich mniej.


Dzień piąty cd. W Alpach Bawarskich: Tegelberg - 1730m n.p.m.

Neuschwanstein i Hohenschwangau widziane z kolejki.
Jezioro Forggensee widziane z kolejki na Tegelberg.

Zamek Neuschwanstein leży na niewysokiej skale pomiędzy rozległą płaską doliną, z dużym jeziorem Forggensee i rzeką Lech, a górami. To Alpy Ammergawskie, część Alp Bawarskich, na pograniczu niemieckiej Bawarii i austriackiego Tyrolu. Góry niewysokie - jak na Alpy - najwyższy szczyt: Hochplatte ma 2082m n.p.m. Jednak bardziej znany jest inny: Tegelberg (1730m n.p.m.) - bo można na niego wjechać kolejką linową, podobną do tej na Kasprowy Wierch. Dzięki niej Tegelberg stał się popularnym miejscem wypadowym w okoliczne góry oraz równie popularnym punktem startowym dla miłośników paralotniarstwa. Cały czas jest pochmurno, ale nie pada. Przejeżdżamy kilka kilometrów w kierunku Schwangau, gdzie znajduje się dolna stacja kolejki. Z parkingu, w oddali, nadal widać zamek Neuschwanstein. Różnica poziomów pomiędzy stacjami kolejki to 900m - prawie tyle samo, co na Kasprowy Wierch - tylko, że tu nie ma stacji pośredniej i jest tylko jedna podpora - pod samym szczytem. Kupujemy bilety - SZOK! Nie ma kolejki do kolejki :) W Kuźnicach trzeba by odstać kilka godzin, a tu wjedziemy „z marszu”. Bilety nie są na konkretną godzinę, a nawet nie na konkretny dzień - można je wykorzystać w ciągu roku od zakupu. Kolejka też nie ma określonych godzin kursowania - kiedy zbierze się wystarczająca liczba turystów (na dole lub u góry) operator puszcza ją w ruch. Taka przyjemność w obie strony kosztuje ok. 20€. Wjeżdżamy. W miarę wznoszenia panorama przedgórza robi się coraz ładniejsza. Spoglądamy w kierunku Alp - te niestety skryte są w chmurach (poza najbliższymi). Za to dość dobrze widać zamek Neuschwanstein - od strony wschodniej, tej częściowo zakrytej rusztowaniami. Szkoda, że nie ma takiej pogody jak w poprzednich dniach - w słońcu, na tle odległych wysokich gór, zrobilibyśmy zdjęcia jak na pocztówkach. Ale z drugiej strony i tak dobrze, że nie pada.

Tegelberg - widok z tarasu na Alpy.
Jezioro Forggensee widziane ze szczytu Tegelberg.

Nie pada również na górze, a termometr wskazuje 12° i wieje - kurtki są już niezbędne. Restauracja prawie pusta, taras widokowy też. To nie jest pogoda na podziwianie alpejskich krajobrazów - a szkoda. Podobno w słońcu wygląda to znacznie lepiej, ale i tak nie umywa się do widoków z Kasprowego Wierchu na Tatry Wysokie. Co kilka minut, zza stacji kolejki, wylatuje w powietrze kolejna paralotnia, a część z nich w tandemie - turysta spięty z instruktorem. Kilkanaście metrów poniżej stacji i tarasu widokowego jest schronisko górskie - dobry punkt wypadowy w okoliczne góry. Niecałe pół godziny na szczycie i zjeżdżamy kolejką na dół. Ostatnie spojrzenie na Neuschwanstein i jedziemy dalej - na wschód w kierunku Garmich-Partenkirchen. Po drodze jednak zboczymy do jeszcze jednego zamku Ludwika II - Linderhof.


Dzień piąty cd. Kolejny pałac Bajkowego Króla.

Linderhof to jeden z trzech pałaców Bajkowego Króla, który w odróżnieniu od pozostałych, został całkowicie ukończony i wyposażony. Jest też jedynym, w którym władca mieszkał przez dłuższy czas. Ludwik II, który jak pamiętamy został koronowany na króla w 1864r., rozpoczął swoją działalność budowlaną w latach 1867-1868 przeprojektowując swoje pokoje w Monachium Residenz. Kolejnym jego pomysłem był zamek Neuchwanstein, którego budowa rozpoczęła się w 1869r. W tym samym roku powstały też pierwsze konkretne plany budowy nowego pałacu. Król zdał sobie chyba sprawę, że budowa w trudnym terenie tak wymyślnego zamku jak Neuschwanstein, potrwa wiele lat. Niedaleko Neuchwanstein, na przedgórzu Alp Bawarskich, postanowił postawić kolejny pałac - łatwiejszy w budowie. Po pobycie we Francji w 1867r. roku zapragnął mieć pałac podobny do znajdującego się w ogrodach Wersalu pałacyku Petit Trianon. Zainspirowany nim, zlecił stworzenie projektu swojemu architektowi. Stale dodawał nowe, własne pomysły, więc rezultat stał się zupełnie odmienny od klasycyzującego francuskiego pierwowzoru. Pałac miał powstać w pobliżu domku myśliwskiego (leśniczówki), należącego do jego ojca, Maksymiliana II, gdzie obaj bywali podczas wypraw myśliwskich. W 1869r. król nabył okoliczne tereny nad rzeką Linder. Linderhof jedni tłumaczą jako dwór/gospodarstwo (Hof) nad rz. Linder, a inni jako dwór rodziny Linder. Leśniczówka została przebudowana i nazwano ją Royal Lodge, nawiązując zapewne do wiejskiej rezydencji brytyjskiej rodziny królewskiej w pobliżu Windsoru. W przewodniku nazwa ta tłumaczona jest jako „domek królewski”. W kolejnych latach do leśniczówki dobudowano dodatkowe skrzydła, również drewniane, co stworzyło rdzeń późniejszego pałacu. Konieczne było jednak kompleksowe rozwiązanie architektoniczne, które połączyłoby w jedną całość te dobudówki. W lutym 1873r. król Ludwik II zatwierdził plan, który ustalił ostateczny projekt pałacu.

Front pałacu Linderhof.
Parter wodny przed pałacem Linderhof.

Budowa właściwego pałacu Linderhof rozpoczęła się w 1874 roku i trwała 4 lata. Najpierw drewniana konstrukcja została obudowana kamieniem i pokryta nowymi dachami. Przy okazji najstarsza część - leśniczówka - została przemieszczona prawie 200m na zachód i obecnie znajduje się poza pałacem. Końcowym rezultatem prac budowlanych jest neobarokowy pałac w obecnej postaci, zainspirowny zarówno pałacem Petit Trianon jak i innymi XVIII-wiecznymi budowlami we Francji, jednak nie będący kopią żadnej istniejącej budowli. W kolejnym etapie utworzono wokół pałacu tarasowo położone ogrody, łączące w sobie style baroku i włoskiego renesansu, a dalsze tereny przekształcono w park. Pośrodku dużego stawu, obok złoconej rzeźby bogini kwiatów - Flory, co 30 minut wytryska wysoka fontanna - mająca imitować sztuczny gejzer. Pałac Linderhof stał się na wiele lat ulubionym miejscem pobytu króla, aż do ostatnich miesięcy przed śmiercią, kiedy to zamieszkał w prawie ukończonym Neuchwanstein.

Waza z majoliki.
Świątynia Wenus.

Z parkingu do pałacu idzie się około 5 minut przez park. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od terenów wokół pałacu. Część przed jego frontem, od południa, to tzw. parter wodny - większą jego część zajmuje wielki basen fontanny. Z pałacu schodzi się doń kilka stopni w dół. Pośrodku basenu wzrok przykuwa złocony posąg Flory z aniołkami - wszystkie postacie zdają się leniwie odpoczywać nad wodą. Fontanna otoczona jest zielenią i kwiatami - wszystko starannie utrzymane i wykończone w najdrobniejszym detalu. Dalej na południe teren wznosi się naturalnymi tarasami, pełnymi rzeźb i małych fontann, kontrastujących czernią na tle jasnych, kamiennych stopni. Na najwyższym tarasie pierwotnie miał być teatr w stylu rokoko, jednak ostatecznie powstała klasycystyczna, okrągła (tolos) świątynia Wenus z marmurowym posągiem bogini. Po przeciwnej (północnej) stronie pałacu, teren w podobny sposób wznosi się w górę - są tam podobno ogrody z dywanami kwiatów. Z najwyższego miejsca, odpowiadającego świątyni Wenus po drugiej stronie pałacu, spływa kaskadami, po 30 kamiennych stopniach, woda - uchodząc do basenu z fontanną przedstawiającą grupę Neptuna. Napisałem „podobno” - bo teren na północ i wschód od pałacu jest obecnie zamknięty z powodu remontu - o czym świadczy wielki dźwig psujący większość ujęć robionych w tym kierunku. Nie mogliśmy się też dostać na ogrodzony (remontowany) parter wschodni. Jedynie parter zachodni był dostępny. Niskie rabaty kwiatów, przeplatane piramidami z bukszpanu, przechodzą tu w tworzącą owalny kształt część ogrodu z cienistymi pergolami i pawilonami. Pozłacaną figurę skrzydlatej boginki Feme, w mitologii greckiej będącej uosobieniem pogłoski (szybko rozchodzącej się plotki), otaczają kamienne figury - alegorie pór roku. Nie sposób przeoczyć niebieskiej wazymajoliki - ceramiki pokrytej polewą ołowiowo-cynową o bogatej kolorystyce. Majolika wnosi wpływy mauretańsko-hiszpańskie, które do Włoch dotarły w XIVw przez Majorkę (stąd nazwa), a potem dalej do całej Europy.

Linderhof - Dom Marokański.
Linderhof - parter zachodni.

Te wpływy mauretańske (czy marokańskie) można zobaczyć jeszcze w innych miejscach parku, bowiem Ludwik II był zauroczony Orientem. Nieco w bok od głównej drogi biegnącej z parkingu do pałacu, skryty w drzewach, stoi Dom Marokański, a na wschodnim krańcu parku: Pawilon Mauretański. Dom Marokański wzniesiony został w Maroku na Wystawę Światową w Wiedniu w 1873r. Odkupiony 5 lat później przez króla, początkowo stał z dala od Linderhof, w lesie przy granicy z Austrią. Dopiero po śmierci króla został przemieszczony do Linderhof. Wnętrze, do którego mogliśmy zajrzeć z przedsionka, zostało zgodnie z wymaganiami króla na nowo wytwornie urządzone, zgodnie z modnym wówczas stylem orientalnym. Do Pawilonu Mauretańskiego, przewiezionego na życzenie króla z Czech w 1876r. (prawdopodobnie zbudowany na Wystawę Światową w Paryżu w 1867r.) nie mieliśmy czasu pójść, zresztą nie jestem pewien czy był w czasie naszego pobytu udostępniony. A sądząc po zdjęciach w przewodniku - zdecydowanie warto: piękny z zewnątrz, a wewnątrz - istna perełka. Obity jedwabiem szezlong, otoczony trzema kolorowymi pawiami, mauretańska fontanna, stoliki do palenia fajki i picia kawy - tworzą urokliwą scenerię dla nocnych biesiad w orientalnym stylu. Tyle wiem z przewodnika - szkoda, że nie mogliśmy sami tego zobaczyć.

Gejzer / fontanna na parterze wodnym Linderhof.

Ale najważniejszy jest przecież sam pałac Linderhof. Niewielka barokowa rezydencja Ludwika II charakteryzuje się doskonałymi proporcjami i wygląda niczym pałacyk wyjęty z bajki. Jeszcze bardziej niezwykłe są pełne przepychu wnętrza. Za barokową fasadą skrywa się rokokowy świat z motywami pochodzącymi z okresu panowania Ludwika XIV. Wchodząc do westybulu powitał nas brązowy pomnik konny króla. Ale nie Ludwika II, jak początkowo myśleliśmy, ale francuskiego Ludwika XIV - Króla Słońce, którego Bajkowy Król postrzegał jako idealne uosobienie monarchy absolutnego. Najważniejsze komnaty są na piętrze. Przez Zachodni Pokój Gobelinowy, zdominowany wielobarwnością obić mebli do siedzenia oraz malowideł ściennych, udających tkane gobeliny, przeszliśmy do Sali Audiencyjnej. W tym owalnym gabinecie, który pierwotnie miał być salą tronową, dla odmiany wszystko lśniło złotem: od sufitu, przez ściany, po meble. Największą salą jest królewska Sypialnia z wielkim świecznikiem na ponad sto świec. Ciekawostką techniczną w utrzymanej w złocie i czerwieni Jadalni jest ruchomy stół pozwalający niegdyś „zdalnie” obsługiwać ekscentrycznego króla, który lubił jadać w samotności. Stół z całą zastawą opuszczany był na parter, gdzie przygotowywano na nim posiłki i z powrotem wciągano do góry. Stojący na nim porcelanowy kosz z kwiatami (też porcelanowymi) i wiszący nad nim porcelanowy żyrandol zostały zaprojektowane przez słynną miśnieńską manufakturę porcelany. Wschodni Pokój Gobelinowy zdominowały postaci z mitologii greckiej, w tym rzeźba Trzech Gracji - odbijająca się w lustrze. Na uwagę zasługuje także Sala Lustrzana, która wzorowana była na podobnej w monachijskiej Residenz. To najbardziej wystawna komnata pałacu, pełna przepychu. Wbudowane w boazerię duże lustra ścienne wielokrotnie odbijają wnętrze, dając złudzenie zgubienia w labiryncie pokoi. Każdy centymetr ścian pokryty jest ozdobami, przez co mieliśmy już trochę przesyt z nadmiaru zdobnictwa. Ale pewnie w XIXw. było to szczytem gustu. Niestety we wnętrzach pałacu zdjęć nie można było robić. I o ile zwiedzanie otoczenia pałacu było wliczone w cenę wycieczki, to za wejście do środka musieliśmy extra zapłacić. Zwiedzanie (z objaśnieniami po polsku, odtwarzanymi z magnetofonu czy płyty CD) trwało około pół godziny. Akurat tak trafiliśmy, że zarówno przy wchodzeniu do pałacu, jak i przy wychodzeniu, „sztuczny gejzer” wystrzelał fontannę wody prosto w niebo.


Dzień piąty cd. W Ga-Pa - zimowej stolicy Bawarii.

Skocznia w Garmich-Partenkirchen.
Skocznia w Garmich-Partenkirchen.

Wyruszamy z Linderhof do Garmich-Partenkirchen - zimowej stolicy Bawarii (analogicznie jak nasze Zakopane). W prostej linii to kilkanaście kilometrów... ale po drodze są Alpy. Musimy więc pojechać naokoło, górskimi drogami, tunelem. Garmisch-Partenkirchen formalnie nie ma statusu miasta - to gmina, położona u stóp Alp Bawarskich, jednak przeważnie traktuje się ją jako miasto. Garmisch i Partenkirchen przez wieki były osobnymi miejscowościami, rozdzielonymi rzeką Partnach oraz później stacją kolejową. Połączono je dopiero w 1935 roku, na rozkaz Hitlera, przed zimowymi igrzyskami olimpijskimi, które rozgrywano tu rok później. Partenkirchen jest starsze – pierwsze zapisy na jego temat pochodzą z 15 roku naszej ery, kiedy było rzymskim miasteczkiem o nazwie Partanum. Osadę przemierzały wówczas karawany kupców - był to bowiem ważny punkt na szlaku handlowym z Wenecji do Augsburga. Garmisch po raz pierwszy wspomniane zostało dopiero w 802r. Obecnie w Garmich-Partenkirchen mieszka około 27 tys. mieszkańców, więc mniej więcej tyle samo, co w Zakopanem.

Położona na wysokości 708m n.p.m. miejscowość, w dogodnym miejscu u podnóża Alp, jest znanym ośrodkiem narciarskim. Od 1953 co roku (zawsze 1 stycznia) odbywają się tu zawody skoków narciarskich w ramach Turnieju Czterech Skoczni na największej z czterech skoczni (Große Olympiaschanze).

Kolorowe domki przy Ludwigstraße.
Jeden z domów przy Ludwigstraße.

Pierwszą skocznię w miejscu obecnie istniejącego obiektu wybudowano w 1921r. Zburzono ją w 1933r., by wybudować skocznię olimpijską na Zimowe Igrzyska 1936. Na przestrzeni lat skocznia została czterokrotnie rozbudowana (w 1950, 1978, 1996 i 2007). 1 stycznia 2007 odbył się ostatni konkurs na starym obiekcie o punkcie konstrukcyjnym K-115. Rekordzistą tamtej skoczni do końca pozostał Adam Małysz, który 6 lat wcześniej oddał skok na odległość 129,5m. Kilka miesięcy później skocznia została zburzona (wysadzona), a na jej miejscu powstał nowoczesny obiekt, spełniający wszystkie wymogi FIS, o rozmiarze 140m (zmodyfikowano ją niedawno do rozmiaru 142m). Najdłuższy skok na nowym obiekcie to 145m, ale było to podczas sesji treningowej, więc za oficjalny rekord skoczni uznaje się 143,5m. Dla porównania Wielka Krokiew w Zakopanem ma obecnie rozmiar 140m a najdłuższy skok i oficjalny rekord to odpowiednio: 144 i 141,5m. Widać więc, że z punktu widzenia skoczków, są to bardzo podobne obiekty, choć diametralnie różnią się konstrukcją. Skocznia w Zakopanem położona jest naturalnie, w całości na górskim zboczu, podczas gdy ta w Ga-Pa, to konstrukcja z betonowym zjazdem „wiszącym” w powietrzu. Wygląda to nienaturalnie, ale moim zdaniem - ciekawiej. Zatrzymaliśmy się na kilkanaście minut przy skoczni - żeby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Sama skocznia rzeczywiście wygląda imponująco. Natomiast betonowa widownia, pamiętająca zapewne czasy Hitlera, jest w kiepskim stanie i obecnie jest remontowana.

Restauracja Zum Wildschutz w Garmich.
Restauracja Zum Wildschutz w Garmich.

Garmich-Partenkirchen to nie tylko sporty zimowe - to podwójne miasteczko jest całorocznym uzdrowiskiem klimatycznym i to absolutnie najwyższej klasy. Kolejką zębatą (momentami 25% nachylenia!) można wjechać na najwyższy szczyt Niemiec - Zugspitze (2962m n.p.m.). Można z niego podziwiać piękną panoramę i miło spędzić czas w znajdujących się tam kawiarniach. W sercu Partenkirchen jedna uliczka jest zupełnie wyjątkowa - to Ludwigstraße. Spracerowaliśmy nią podziwiając przepiękne malowidła fasadowe (Luftmalerei) na prawie każdym domu. Opowiadają historie tak różne tematycznie - od lokalnego folkloru Bawarii, przez mitologię, po sceny przyrodnicze i biblijne. Jej bajkowy, przesycony nierealnością klimat spowodował, że czuliśmy się przeniesieni w inną rzeczywistość. A wszystko zaczęło się w XVIII wieku, kiedy pewien bogacz ozdobił „malunkami” swój dom. Każdy z sąsiadów chciał mieć podobny i dalej poszło już lawinowo. Zwyczaj rozpoczęty w baroku – nie dziwi więc, że wiele z malowideł to pyzate aniołki, kwiatowe girlandy i przede wszystkim pastelowe kolory. Oczywiście domy z malowanymi fasadami są nie tylko przy tej ulicy, także na wielu innych, jednak ta jest najsłynniejsza. Był już wieczór, uliczka opustoszała, a co dopiero tu się dzieje, kiedy otwarte są jeszcze te wszystkie kawiarenki, lodziarnie czy restauracje?

Na bawarską kolację poszliśmy do restauracji Zum Wildschutz w samym centrum Garmich. Stoi trochę na uboczu głównej ulicy i na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się spośród sąsiednich domów. Jednak wewnątrz było całkiem miło i przyjemnie. Jedliśmy zupę ziemniaczaną z kleksem bitej śmietany i kawałkami boczku (zwyczaj bawarski). A na drugie danie - tradycyjnie już kawał mięsa wieprzowego, ze smażoną cebulką ale tym razem z pieczonymi ziemniakami (a nie z knedlem jak we Frankonii). Jak widać bawarskie jedzenie kładzie duży nacisk na ziemniaki. No i piwo - chciałem pszeniczne (Weißbier), bo to w Ratyzbonie było wyśmienite, jednak chyba źle się wyraziłem i dostałem zwykłe - jasne. Też było bardzo dobre. Restauracja z powodzeniem przeszła „test bojowy” - bowiem po raz pierwszy korzystał z niej Rainbow (na wcześniejszą było dużo skarg). Zabrakło tylko muzyki na żywo, co było obiecane w programie wycieczki...

Kiedy wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w powrotną drogę do Monachium, na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu... Padało przez większość drogi - mieliśmy więc dużo szczęścia, że mimo deszczowych prognoz na ten dzień, nie spadła na nas ani jedna kropla.


Dzień szósty. Monachium.

Wieża telewizyjna w Parku Olimpijskim.

Zwiedzanie Monachium - stolicy Bawarii - rozpoczęliśmy od krótkiego spaceru po Parku Olimpijskim (Olimpia Park). Powstał on na Letnie Igrzyska Olimpijskie w 1972 roku, a w jego skład wchodzą: stadion, hala sportowa, baseny pływackie, wioska olimpijska oraz centrum prasowo-konferencyjne. Wszystko to tworzy jeden kompleks, poza tym niedaleko położone są: tory regat kajakowych, wioślarskich, strzelnica i stadion do jazdy konnej. Co ciekawe - park nie jest płaski - sporo w nim pagórków - do ich budowy wykorzystano gruz z powojennych ruin. Głównym obiektem jest oczywiście wielki stadion na 80.000 widzów, który stał się symbolem Monachium, tak jak wieża Eiffla jest symbolem Paryża czy Tower - Londynu. Dach stadionu składa się z przezroczystych płyt akrylowych o powierzchni około 80.000 m² i rozciąga się półkoliście nad stadionem, halą sportową i pływalnią. Jest wiszącą konstrukcją, przymocowaną do stalowych podpór, stąd też nazywany jest „namiotem”. My samego stadionu nie zwiedzaliśmy, chodź mogliśmy go zobaczyć z góry - z tarasu widokowego Wieży Olimpijskiej (Olimpiaturm). W wielu niemieckich miastach widzieliśmy charakterystyczne wieże telewizyjne/telekomunikacyjne. Oczywiście najsłynniejszą (i najwyższą) jest ta w Berlinie - mając 368 metrów jest najwyższym budynkiem w Niemczech. Wieża w Monachium, wybudowana w latach 1965–1968 (ma więc 50 lat!), specjalnie na Igrzyska 1972, ma „tylko” 291 metrów. Na znajdujący się na wysokości 190 metrów taras widokowy, wjeżdżaliśmy szybkobieżną windą. Przy prędkości 7 m/s, wjazd zajmuje pół minuty. Od 1968 do 2004 roku odwiedziło go ponad 35 milionów gości - teraz pewnie ta liczba przekroczyła już 40 milionów pomimo, że atrakcja ta nie jest już tak popularna jak dawniej. Z tarasu (górny odkryty, dolny przeszklony) rozciąga się panorama na całe Monachium. A patrząc prosto w dół z górnego trasu, mogliśmy zobaczyć obiekty w Parku Olimpijskim przykryte „szklanym” dachem. Poniżej dolnego (przeszklonego) tarasu widokowego znajduje się bliźniacza kondygnacja z obracającą się restauracją, która mieści 230 osób (pełny obrót zajmuje jej 53 minuty). Te wszystkie atrakcje są tylko „dodatkiem” do głównego przeznaczenia wieży - centrum nadawczego radia i TV oraz teletransmisyjnego.

Widok z wieży na zadaszone obiekty olimpijskie.
Panorama Monachium z wieży.

Obiekty olimpijskie w Monachium, oprócz wieży i stadionu, znane są z jeszcze jednego powodu. W trakcie Igrzysk Olimpijskich członkowie palestyńskiej organizacji Czarny Wrzesień dokonali tu aktu terrorystycznego. Wdarli się nocą do Wioski Olimpijskiej i wzięli 11 zakładników z izraelskiej drużyny olimpijskiej. Bezsprzeczne jest to, że zamach był świadomie wymierzony w Żydów - wszyscy członkowie urugwajskiej i hongkońskiej drużyny olimpijskiej, którzy mieszkali w tym samym budynku co Izraelczycy, zostali przez porywaczy wypuszczeni bez żadnych przeszkód. Po negocjacjach Niemcy udostępniły zamachowcom i zakładnikom dwa śmigłowce, którymi przelecieli na wojskowe lotnisko, gdzie mieli wsiąść do samolotu. Zamachowcy zorientowali się jednak, że to był podstęp i na pasie lotniska rozpoczęła się strzelanina. W efekcie zamachu Palestyńczycy zabili 11 izraelskich sportowców i trenerów (2 w wiosce, 9 na lotnisku) oraz jednego oficera niemieckiej policji. Tragiczny bilans akcji spowodowany był licznymi błędami popełnionymi przez Niemców. A igrzyska, zawieszone na czas zamachu, po kilku dniach kontynuowano, co spotkało się z krytyką wielu osób. Pięciu z ośmiu terrorystów zostało zabitych podczas próby odbicia zakładników, trzech pozostałych przy życiu schwytano. Zostali oni jednak uwolnieni przez RFN w następstwie porwania przez Czarny Wrzesień samolotu pasażerskiego linii Lufthansa. Odpowiedzią Izraela na zamach były operacje „Wiosna Młodości” i „Gniew Boży”: serie nalotów bombowych na arabskie cele oraz zabójstwa Palestyńczyków podejrzewanych o zorganizowanie zamachu.

Testujemy auta w BMW Welt.
Przed BMW Welt.

W pobliżu parku znajdują się inne popularne atrakcje turystyczne Bawarii: Świat BMW (BMW Welt) i muzeum BMW, przylegające do wielkiego kompleksu zakładów motoryzacyjnych. W Monachium (początkowo na obrzeżach miasta, obecnie to prawie centrum) znajdują się bowiem największe w Niemczech zakłady BMW (Bayrische Motoren Werke). Ten niemiecki koncern motoryzacyjny, produkujący od 1916 roku samochody osobowe, motocykle, skutery oraz silniki, ma korzenie lotnicze (logo to stylizowane śmigło w barwach Bawarii). Najpierw powstała tu fabryka maszyn latających, potem silników spalinowych, a wreszcie pojazdów kołowych. A wszystko to było wynikiem pasji pilota i pioniera lotnictwa w Bawarii - Gustava Otto, syna wynalazcy silnika czterosuwowego. Pierwsze lata przyniosły kilka lukratywnych zamówień z ministerstw wojskowych Prus i Bawarii, przez co - po jakimś czasie - z małego przedsiębiorstwa, BMW stało się liczącym na rynku niemieckim producentem. Nie bez znaczenia było poważne wsparcie finansowe niemieckiego państwa. Burzliwa historia Niemiec, w tym obie wojny światowe, odbijały się też na tym koncernie, który także miewał wzloty i upadki. Obecnie jednak koncern jest w doskonałej kondycji finansowej i produkcyjnej, wciąż się rozwija i przejmuje konkurencyjne marki. Samochody i motocykle BMW (a mało kto wie, że również rowery) są synonimem sportowego luksusu. Dziś przy zakładach w Monachium stoi charakterystyczny biurowiec koncernu, nawiązujący wyglądem do cylindrów silnika, a przy nim Muzeum BWM. Wystawa muzeum, ukazująca 90 lat historii firmy, jest podzielona tematycznie na 7 części: stylistyka, firma, motocykle, technologia, sport, marka oraz rozwój różnych serii. Ponieważ nie mieliśmy aż tyle czasu, żeby wejść do muzeum, zdecydowaliśmy się spędzić go w Świecie BMW po drugiej stronie ulicy. W futurystycznym obiekcie ze szkła i stali mieści się centrum wystawiennicze, gdzie oprócz najnowszych modeli samochodów BMW, MINI i Rolls Royce, prezentowane są ciekawe wystawy i odbywają się najwyższej rangi wydarzenia kulturalne i sportowe. Parter zajmują samochody, drugie piętro (galerię) - motocykle. Prawie do każdego pojazdu (za wyjątkiem Rolls-Royce'a) można był wsiąść i przymierzyć się. I porobić zdjęcia. Na widocznym z galerii pierwszym piętrze znajduje się rozległy podest (prawie plac!), gdzie z dala od tłumu zwiedzających, klienci odbierali nowe auta. Podobno sprzedaje się tu ponad 20 egzemplarzy dziennie.

BMW Welt.
BMW Welt.

Kolejną atrakcją miasta była galeria malarstwa Stara Pinakoteka, z jednym z największych zbiorów dzieł dawnych mistrzów. Kolekcja, której historia zaczyna się już w XVI wieku, zawiera dzieła malarstwa niemieckiego, holenderskiego, flamandzkiego, francuskiego, włoskiego i hiszpańskiego od wieków średnich po rokoko. Naprawdę wielka jest tam ilość dzieł, atrakcyjnie wyeksponowanych (oświetlenie). Spędziliśmy tam nieco ponad godzinę, ale znawcy tematu mogliby tam spędzić spokojnie kilka razy tyle. My tylko „liznęliśmy” tę wystawę. Przewodniczka zwracała uwagę na charakterystyczne dzieła najważniejszych twórców: Boscha, Canaletta, Dürera, Rubensa, Rembrandta, Tycjana czy Leonarda da Vinci. Objaśniała różnice pomiędzy stylami malarzy, a także stylami malarstwa świeckiego i kościelnego, czy ewolucję styli. I choć wtedy z ciekawością chłonęliśmy te informacje, to po kilku miesiącach niewiele z tego zapamiętaliśmy. Cóż - nie jesteśmy ani znawcami, ani entuzjastami malarstwa. Ale pamiętam, że chodząc po galerii szczególne wrażenie zrobiły na mnie wielkie (wielometrowe) obrazy Rubensa. Madzi z kolei bardziej spodobał się inny niewielki obraz tego artysty: Madonna w kwiatach. Ciekawy był też portret jakiegoś arystokraty, pędzla mniej znanego nam malarza - Fransa Halsa (choć podobno to jeden z największych europejskich portrecistów). Ten konkretny portret znamienny był tym, że niezależnie czy staliśmy na wprost niego, czy z któregoś boku, sportretowany patrzył zawsze wprost na nas. A co więcej: czubek jego buta, też był zawsze skierowany w naszą stronę - ciekawa sztuczka. Niewielkie (w porównaniu do większości innych) obrazy Canaletta, przedstawiające widoczki z Wenecji, zachwyciły mnie szczegółowością - nawet z niewielkiej odległości sprawiały wrażenie zdjęć.

Stara Pinakoteka - sala z dziełami Rubensa.

Przejechaliśmy autokarem do ścisłego centrum miasta, gdzie zanim kontynuowaliśmy zwiedzanie, mieliśmy przerwę na lunch. A do lunchu tradycyjnie już Weißbier :-) Jedliśmy w fajnej knajpce, mieszczącej się w piwnicach, przy głównej ulicy starego miasta, która jak średnica przecina je przez środek (Plac Mariacki) - Neuhauserstraße. Ulica ta to właściwie bardzo szeroki deptak, a jednocześnie popularne miejsce robienia zakupów - zarówno przez mieszkańców, jak i przez zamożnych turystów. Już od średniowiecza był to główny ciąg handlowy miasta - Via Salaria (Droga Solna). Szeroko, pełno ludzi, a wzdłuż wysokie eleganckie kamienice - bardzo przypominało mi to zatłoczony Długi Targ w Gdańsku, tylko w nieporównanie większej skali. Ale tej skali nie ma się co dziwić - Monachium to olbrzymia metropolia - trzecie (po Berlinie i Hamburgu) miasto Niemiec (1,5 miliona mieszkańców). A także główny ośrodek gospodarczy i kulturalno-naukowy południowej części kraju. Podobieństwo do Gdańska kończyło się jednak w mgnieniu oka, kiedy spoglądaliśmy na twarze przechodniów - tak wielu z nich było obcych nam kulturowo, pochodzących z nad Morza Arabskiego i podobnych miejsc. Przewodniczka mówiła, że to ulubione miejsce zakupów bogatych mieszkańców emiratów. Widzieliśmy całe grupy (być może rodziny) młodych ludzi, wśród których wszystkie kobiety miały głowy, a niekiedy i twarze zasłonięte czadorami. Większość z nich to jednak nie byli turyści, tyko mieszkańcy miasta. To jedyne miasto podczas naszej wycieczki, w którym widzieliśmy tak wielu muzułmanów - nawet w Berlinie było ich mniej.

Wnętrze Kościóła św. Michała.
Kościół św. Michała.

Niedaleko knajpki, gdzie deptak rozszerza się w mały placyk, stoi jezuicki, a więc katolicki, kościół św. Michała (Archanioła). To pierwsze wybitne dzieło renesansu w Monachium i największy renesansowy kościół na północ od Alp. Budowę rozpoczęto w czasie kontrreformacji, w 1583r. Kościół stał się duchowym centrum kontrreformacji w całej Bawarii. Jezuici prowadzili kościół i przyległe kolegium aż do kasaty zakonu w 1773r., kiedy to zyskał on status kościoła dworskiego (księcia i króla). Do dzisiaj jest własnością Wolnego Państwa Bawarii. Kościół był wzorem architektonicznym dla wielu jezuickich budowli barokowych na obszarze niemieckojęzycznym. Stoi prostopadle do deptaku, więc wśród otaczających go, zaledwie trochę niższych, eleganckich kamienic nie wyróżnia się aż tak bardzo. Jednak kiedy przekroczyliśmy jego progi naszym oczom ukazała jedna wielka nawa - szeroka (20m), długa (78m) i wysoka (28m)! Do nawy otwierają się arkadami kaplice boczne, po trzy z każdej strony. Monumentalne sklepienie kolebkowe, do dziś drugie pod względem wysokości wolno wznoszące się sklepienie kolebkowe na świecie, przetrwało prawie do naszych czasów - zniszczyły je dopiero bombardowania aliantów, więc musiało zostać odbudowane. Z tyłu nawy znajduje się brązowa chrzcielnica ze wspartym na niej ogromnym aniołem - również z brązu. Przez duże okna wpada sporo światła, dzięki czemu wnętrze, a szczególnie prezbiterium, są bardzo jasne. W krypcie pod prezbiterium znajdują się dziesiątki grobów książąt i księżniczek bawarskich, głównie z rodziny Wittelsbachów, a także Bajkowego Króla - Ludwika II.

Wnętrze Katedry NMP.

Kiedy staliśmy przed frontem kościoła św. Michała widzieliśmy czubki wież Katedry Najświętszej Maryi Panny (niem. Frauenkirche), do której powoli przeszliśmy. To główna świątynia miasta, a od 1821r. kościół katedralny arcybiskupstwa Monachium i Fryzyngi. Jej wysokie wieże (99m), nakryte charakterystycznymi renesansowymi cebulastymi hełmami, są doskonałym punktem orientacyjnym miasta.

Katedra NMP.

Trójnawowe wnętrze, z wysokimi, smukłymi kolumnami wydaje się być bardzo wysokie. A jednocześnie jasne - za sprawą wielu okien. Związana jest z nimi ciekawa legenda o pakcie architekta z diabłem, i to w dwóch wersjach. Pierwsza mówi, że architekt, został zmuszony, by zawrzeć pakt z diabłem (bo popadł w długi) by ukończyć swoje dzieło. Inni twierdzą, że diabeł często ingerował w konstrukcję katedry, powodując wypadki, które skutkowałyby opóźnieniami o wiele lat. Bez względu na to, co było przyczyną zawiązania umowy, diabeł miał pomóc budowniczemu, pod warunkiem, że stworzona przez niego katedra nie będzie miała żadnych okien. Nie chciał, by jakiekolwiek naturalne czy boskie światło przedostawało się do wnętrza. Nie wywiązawszy się z tego zobowiązania, budowniczy miał na zawsze oddać swoją duszę diabłu. Diabeł, co oczywiste, natychmiast zaakceptował umowę, mając na względzie to, że katedra bez okien jest – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – jak samochód bez kół. Architektowi udało się ukończyć katedrę w zaledwie 20 lat, co było nie lada wyczynem, jeśli weźmiemy pod uwagę, że budowa katedry często zajmowała pokolenia. Kiedy obiekt został ukończony, diabeł stanął przy wejściu Frauenkirche (nie mógł wkroczyć do wnętrza świętej budowli z oczywistych powodów) i rzeczywiście nie zauważył żadnych okien. Przynajmniej nie z miejsca, w którym stał. Wewnętrzne kolumny katedry zaprojektowane zostały w ten sposób, że wydają się nachodzić na siebie – zupełnie tak, jakby były ścianą, skrywając boczne okna. Diabeł opuścił miejsce zawiedziony i sfrustrowany, pozostawiając po sobie znak (odciśniętą w posadzce stopę) dokładnie w tym miejscu, skąd trudno dostrzec jakiekolwiek okna. A błyskotliwy architekt dzięki temu fortelowi zachował swoją duszę. W świątyni, podobnie jak w kościele św. Michała, pochowani są władcy i książęta z dynastii Wittelsbachów oraz ich małżonki. Wśród nich cesarz Ludwik IV (pierwszy cesarz z rodu Wittelsbachów), którego wielki nagrobek znajduje się przy wejściu.

Wnętrze Kościóła Teatynów.
Fasada Kościóła Teatynów.

Bocznymi ulicami, skracając sobie drogę przez nowoczesne galerie handlowe, dotarliśmy do kościoła Teatynów pw. Św. Kajetana (teatyni, to zakon założony przez tego świętego). To jedna z najwspanialszych świątyń stolicy Bawarii, z zewnątrz żółta, a w środku jasno biała. Kościół, utrzymany generalnie w stylu włoskiego baroku i wykończony żółtym tynkiem jest jedną z najłatwiej rozpoznawalnych budowli w Monachium. Rokokowa fasada zwieńczona jest trójkątnym szczytem, w którym umieszczone są herby Elektoratu Bawarii i I Rzeczypospolitej (dalej wyjaśni się dlaczego). Flankują go dwie czworoboczne wieże z zegarami, przykryte wysokimi hełmami. Kościół jest budowlą jednonawową, z transeptem i systemem bocznych kaplic. Wyjątkowe wrażenie robi śnieżnobiałe, barokowe wnętrze świątyni, ozdobione stiukami. W krypcie pod kościołem, podobnie jak w kościele św. Michała i katedrze św. Marii Panny, znajdują się groby wielu członków rodu Wittelsbachów i ich małżonek. Pochowani zostali tu m.in.: król Grecji - Otto I, a także córka króla Jana III Sobieskiego - Teresa Kunegunda Sobieska, druga żona elektora Bawarii - Maksymiliana II Emanuela. Kościół został ufundowany przez jej teściów, dla uczczenia faktu urodzenia ich długo oczekiwanego syna, przyszłego księcia-elektora, a męża tejże księżniczki. Spoczywa tu także inna polska królewna, córka Augusta III Sasa - Maria Anna Wettyn, żona księcia-elektora Maksymiliana III Józefa (wnuka Teresy Kunegundy Sobieskiej).

Jeden z dziedzińców Rezydencji.

Bawaria początkowo była księstwem w ramach Świętego Cesarstwa Rzymskiego, a jej książęta przez stulecia byli jednocześnie elektorami Rzeszy, czyli mieli prawo wybierać cesarza. Po rozpadzie Cesarstwa w 1806r., władcy Bawarii, aż do 1918r., nosili tytuły królów. Obecnie Bawaria jest krajem związkowym (niem. Bundesland) w ramach Republiki Federalnej Niemiec. W 1158r. Henryk Lew, książę Bawarii dokonał lokacji miasta, nadając jednocześnie benedyktynom przywilej organizowania targów. Miasto powstało przy zamku i klasztorze stąd nazwa bei den Mönchen – „przy mnichach”. Dogodna lokalizacja na szlaku handlu solą i most na Izarze zadecydowały o szybkim rozwoju miasta. Od połowy XIII wieku Monachium stało się siedzibą rodu von Wittelsbach, który w 1255 przeniósł tu swoją rezydencję książęcą i władał miastem przez następne stulecia. W 1327 i 1429 roku miały miejsce wielkie pożary miasta. W latach 1468–1488 wzniesiono główną świątynię miasta – Katedrę Najświętszej Marii Panny.

W 1806 r., podczas wojen napoleońskich, miasto zostało stolicą nowo utworzonego Królestwa Bawarii. W XIX wieku rozpoczął się okres przyspieszonego rozwoju miasta. Maksymilian I – pierwszy król zdobył środki na wzniesienie wielu klasycznych budowli. Jego syn i następca – król Ludwik I, miłośnik kultury antycznej i włoskiego renesansu – sprowadził architektów, rzeźbiarzy i malarzy którzy kontynuowali rozbudowę miasta. Monachium stało się jednym z najważniejszych ośrodków kultury europejskiej, tworzył tu m.in. Richard Wagner. W okresie Republiki Weimarskiej miasto stanowiło ośrodek ruchu nazistowskiego (pucz monachijski), a w czasie II Wojny Światowej zostało poważnie zniszczone. Od końca XVI do połowy XIX wieku budowano w centrum miasta rezydencję książąt i królów Bawarii nazywaną po prostu Rezydencją (niem. Residenz). Pierwszy pałac, do którego przenieśli się władcy, powstał pomiędzy 1570 a 1620 rokiem. W kolejnych stuleciach dobudowywano kolejne obiekty. Obecnie tworzy ją zespół wielu budowli od dwu- do czterokondygnacyjnych, zgrupowanych wokół dziesięciu zamkniętych lub półotwartych dziedzińców. Budowle te reprezentują przegląd stylów architektonicznych od renesansu przez barok i rokoko po klasycyzm. Od 1920 r. Rezydencja służy głównie celom muzealnym, kulturalnym i reprezentacyjnym. Zniszczona podczas II Wojny Światowej, została w większości odbudowana w latach '50 i '60 XXw., jednak restauracja poszczególnych pomieszczeń i obiektów trwa do dzisiaj.

Opera Bawarska i pomnik księcia Maksymiliana Józefa.

Z kościoła Teatynów do Rezydencji mieliśmy dosłownie kilka kroków - oba obiekty leżą naprzeciwko siebie przy Odeonsplatz. To właśnie na tym placu w nocy z 8 na 9 listopada 1923r. rozpędzony został nieudany zamach stanu - pucz monachijski. Policja Republiki Weimarskiej otworzyła wtedy ogień do przygotowanych do walki bojówek pod wodzą Adolfa Hitlera. W konsekwencji tego wydarzenia partia NSDAP została rozwiązana, a Hitlera skazano na 5 lat więzienia. Niestety nie zwiedzaliśmy Rezydencji! A wielka szkoda - myślę, że byłoby to ciekawsze niż zwiedzanie Starej Pinakoteki. Nawet jeśli byłoby to tylko pobieżne zwiedzanie. Przeszliśmy tylko przez kilka dziedzińców do placu Maksymilina Józefa (Max-Jozeph-Platz) przy którym stoi Opera Bawarska (Teatr Narodowy Bawarii). Patrząc na jego elegancką, klasycystyczną fasadę nie mieliśmy kompleksów - nasz Teatr Narodowy w Warszawie jest okazalszy i ładniejszy. Nasz spacer po mieście z przewodniczką powoli dobiegał końca. Skierowaliśmy się teraz do ostatniego punktu programu zwiedzania - Placu Mariackiego.

Zanim jednak tam dotarliśmy, doszliśmy do innego, małego placu, otoczonego wysokimi kamienicami - Platz. Choć niewielki, ma on duże znaczenie dla życia kulturalnego Monachium i całej Bawarii. Mieści się tu bowiem historyczny browar i piwiarnia Hofbräuhaus. To jedna z najsłynniejszych piwiarni na świecie i czołowa atrakcja turystyczna stolicy Bawarii. Hofbräuhaus był w przeszłości browarem dworskim, a działalność warzelniczą rozpoczął w 1589r. W otwarciu obecnego budynku uczestniczył sam król Ludwik I. Z okazji ślubu króla, 12 października 1810r., na błoniach za murami miasta zorganizowano festyn piwny połączony z wyścigami konnymi. Ponieważ impreza cieszyła się dużą popularnością wśród mieszkańców Monachium, dwór królewski zadecydował o powtórzeniu jej rok później o tej samej porze. I tak zrodziła się, trwająca do dzisiaj, tradycja festiwalu piwa - Oktoberfest. Choć po kilkudziesięciu latach przesunięto imprezę na drugą połowę września, nazwa (trochę myląca - Święto Październikowe) pozostała.

We wnętrzu Hofbräuhaus.
Restauracja i browar Hofbräuhaus.

Obecnie rozpoczęcie tych dorocznych dożynek chmielnych ogłaszane jest właśnie w Hofbräuhaus. Miejsce to stanowi kwintesencję bawarskiej kultury piwnej. Był to także ulubiony lokal Adolfa Hitlera, a dziś, oprócz monachijczyków, w lokalu dominują turyści ze wszystkich stron świata. Główne wejście, znajdujące się pod charakterystycznymi podcieniami z wykuszem, jest jednym z nieformalnych symboli miasta. W eleganckich, zdobionych drewnem i freskami pomieszczeniach, rozlokowane są drewniane ławy i stoły, a na dziedzińcu funkcjonuje duży ogródek. W menu dominują tradycyjne specjały kuchni bawarskiej: tłuste dania mięsne i mączne. Piwo warzone jest oczywiście na miejscu. Można je także nabyć w butelkach, w wielu krajach świata, także w Polsce. Będąc tu nie mogliśmy nie skorzystać z okazji, żeby zajrzeć do wnętrza - gwarnego, pełnego gości. Oprócz licznych turystów widzieliśmy tubylców w tradycyjnych strojach Bawarii.

Położony na Starym Mieście Plac Mariacki (niem. Marienplatz) - wyznacza centrum Monachium. Wokół niego skupiają się najważniejsze i najstarsze zabytki miasta - jest więc czymś podobnym do Rynków Staromiejskich niektórych polskich miast. Przechodzi przez niego wyraźna oś starówki (wschód-zachód), którą kiedyś przebiegał Szlak Solny. Od zachodu, za miejską Bramą Karola (Karlstor), biegnie szeroka ulica/deptak Neuhauserstraße przechodząca w Kaufingerstraße, która dociera do Marienplatz. Z drugiej strony Placu Mariackiego wychodzi ulica Tal, z normalnym ruchem samochodowym, kończąca się wschodnią bramą miasta - Isartor (Brama Izary). Jest w niej ciekawy zegar (zainstalowany w 2005r.) - od strony wschodniej ma on normalny cyferblat. Natomiast po przeciwnej stronie cyferblat jest lustrzanym odbiciem tamtego - dlatego wskazówki zegara po stronie zachodniej biegną w stronę przeciwną niż w normalnych zegarach. Zabieg ten nawiązuje do zdania, jakie miał wypowiedzieć kanclerz Willy Brandt: „W Bawarii zegary chodzą inaczej”, choć nie wiem, o co mu chodziło.

Nowy Ratusz przy Placu Mariackim.
Stary Ratusz w Monachium.

Przy głównym placu miasta nie powinno zabraknąć ratusza - są tu więc aż dwa. Stary Ratusz - to niewielka (w porównaniu do nowego), urokliwa budowla, przy wschodnim, zwężonym krańcu placu. Obecny budynek pochodzi z 1480r., ale wieża jest o wiele starsza - zbudowano ją między 1180 a 1200 rokiem, jako część monachijskich fortyfikacji. Stary Ratusz był siedzibą zarządu miasta do 1874r. W gotyckich, nienaruszonych wnętrzach znajduje się obecnie Muzeum Zabawek. Neogotycki Nowy Ratusz powstał w drugiej połowie XIX wieku, w miejscu rozebranych 24 kamienic i stanowi właściwie całą północną ścianę Placu Mariackiego. Już na pierwszy rzut oka wygląda na o wiele większy od starego, ale wielka fasada, którą widać od strony placu, to nie wszystko. Z tyłu za nią znajduje się znacznie większa część budowli - monumentalny budynek posiada aż sześć dziedzińców! Można na nich posiedzieć przy kuflu piwa pszenicznego :) W gmachu są sale reprezentacyjne, a na drugim piętrze ma swoją siedzibę burmistrz miasta. Bogato zdobiona elewacja pełna jest ozdób, które związane są z dawnymi legendami oraz z historią Bawarii. Na wysokiej wieży znajdują się 43 dzwony i mechanizm zegarowy, będący czwartym pod względem wielkości tego typu na świecie. Na wieżę można wjechać windą, by z galerii nad zegarem podziwiać miasto. Mniej więcej w połowie wieży znajdują się ruchome postacie, ożywające o pełnych godzinach, kiedy kuranty wygrywają melodię. Najpierw górna część szopki przedstawia sceny z turnieju rycerskiego, który miał miejsce w 1568r. przy okazji ślubu księcia Bawarii Wilhelma V Pobożnego (praprawnuka króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka) z Renatą Lotaryńską. Następnie dolna część przedstawia taniec bednarzy, upamiętniający koniec zarazy, która dotknęła miasto w 1517r. Kiedy dotarliśmy na plac, było już na nim sporo ludzi. Jednak gdy po przerwie na zakupy powróciliśmy tu, tuż przed 17:00, zrobił się taki ścisk, że ledwie znaleźliśmy miejsce na obserwację figurek na wieży. Do tego wrzawa z tysięcy ust - jak podczas szkolnej przerwy :) Ale kuranty były o wiele głośniejsze. I na tym zakończyliśmy naszą wizytę w Monachium.


Dzień siódmy. Berlin z okien autokaru.

Fragment Muru Berlińskiego.

Ostatni dzień naszej wycieczki to właściwie podróż powrotna do Polski, z krótkim przystankiem w Berlinie. Miasto to nie wpisuje się do „Bawarskiech Specjałów” - jednak skoro jest prawie po drodze, Rainbow uznał, że warto go turystom pokazać, chociaż w wielkim skrócie. W nocy padało, kiedy rano pakowaliśmy się do autokaru wyglądało, jakby znowu miało zacząć padać. I zaczęło - jak dojeżdżaliśmy do Berlina. Lało z krótkimi przerwami prawie przez cały nasz pobyt w stolicy. Zwiedzanie, które miało być w dużej części objazdem po mieście, praktycznie w całości nim było. Początkowo jeździliśmy po centrum słuchając opowieści naszej pilotki na temat, tego co widzimy za mokrymi szybami. Trochę byliśmy w dawnej części wschodniej, trochę w zachodniej. Najbardziej utkwiły nam dwie rzeczy: resztki Muru Berlińskiego - ozdobione kolorowymi graffiti oraz duża ilość monumentalnych budowli - głównie w stylu klasycystycznym. Zapewne w większości odbudowanych po nalotach, które pod koniec wojny zniszczyły miasto. Co chwilę migała nam w oknie wieża telewizyjna - jeszcze wyższa od tej w Monachium (368m). Nie mieliśmy w planie na nią wjeżdżać, a zresztą przy takiej pogodzie nie miało to większego sensu. Ale przy dobrej widoczności, chętnie spojrzałbym na Berlin z góry.

Kościół Mariacki i wieża telewizyjna.

Kiedy dosiadł się nasz przewodnik - młodszy od nas Polak, od lat mieszkający w Berlinie - opowieści okazały się znacznie ciekawsze. Jechaliśmy słynną aleją Unter den Linden, uważaną za jedną z najpiękniejszych ulic miasta. Szeroka (60m) aleja, kiedyś gęsto (obecnie mniej) porośnięta lipami, pełna wielkich gmachów - niemalże pałaców (ambasady, urzędy, biblioteki, uniwersytety itp.) kończy się przed Bramą Brandenburską. Niedaleko od ambasady Rosji - monumentalnej budowli, pamiętającej jeszcze czasy wczesnego ZSRR, oraz Bramy Brandenburskiej i Bundestagu, była kiedyś polska ambasada. Została w 1999r. przeniesiona (tymczasowo) do innego budynku, bo stary był już mocno zniszczony - prawie w ruinie. W jej miejscu planowano wybudowanie od podstaw nowej siedziby - chluby polskiej dyplomacji. Kolejne projekty, a potem brak pieniędzy... prace utykały przeważnie na etapie planowania kolejnych wizji. W pewnym momencie był nawet pomysł przebudowy obecnego budynku, jednak w 2016r. został on zburzony. Najpierw więc przez lata straszyła tu opuszczona rudera, a od dwóch lat ogrodzona płotem dziura w ziemi. Sprawą przeciągającej się budowy zajęły się nawet prokuratura i NIK. Stan obecny jest taki: 26 marca 2018r. rząd zainicjował kolejny projekt budowy ambasady. Jest on łudząco podobny do odrzuconego projektu „poprzedniej ekipy” (PO), który PiS początkowo wyrzucił do kosza, próbując zrobić coś innego. Nie wiadomo jednak czy i kiedy zostanie zrealizowany. A berlińskie gazety co jakiś czas wracają do tematu, nabijając się z „polskiej budowy”.

Brama Brandenburska.
Stara Biblioteka przy Unter den Linden.

Bramę Brandenburską oglądaliśmy z okien autokaru. W planie był tam spacer, ale przeszkodziła nie tylko pogoda, ale przede wszystkim prace związane z demontażem strefy kibica po Mundialu. Wybudowana została pod koniec XVIIIw., z piaskowca, na wzór Propylejów ateńskiego Akropolu, zastępując wcześniejszą bramę miejską. Miała być bardziej symbolem, pomnikiem niż typową bramą i upamiętniać króla Fryderyka II - twórcy XVIII-wiecznej potęgi Prus. (Wspominałem już o nim: był bratem Wilhelminy margrabiny Bayreuth.) Środkowy z pięciu przejazdów bramy (najszerszy), aż do abdykacji cesarza Wilhelma II w 1918r., był zarezerwowany wyłącznie dla członków rodziny cesarskiej i ich osobistych gości oraz kilku innych VIP-ów. Po obu stronach Bramy znajduje się po sześć 15-metrowych kolumn w stylu doryckim z jońskim rowkowaniem (przy podstawie mają 1,75m średnicy). W dwóch przybudówkach po bokach Bramy stoją wielkie posągi przedstawiające Marsa, chowającego miecz do pochwy i boginię Minerwę z lancą. Zwieńczenie Bramy stanowi 5-metrowa miedziana rzeźba, przedstawiająca uskrzydloną boginię zwycięstwa Nike (Wiktorię), która kieruje kwadrygę do miasta. Odbudowana zaraz po II Wojnie Światowej, wspólnie przez oba państwa niemieckie, po postawieniu Muru Berlińskiego znalazła się na obszarze granicznym (bez możliwości przekraczania), stając się monumentalnym symbolem sztucznego podziału Niemiec. Po upadku Muru okrzyknięto ją symbolem Pokoju i Wolności. Po 2-letniej renowacji pozostała nadal zamknięta dla komunikacji samochodowej. Pojawiają się jednak propozycje, by wydawać za opłatą specjalne zezwolenia dla pojedynczych przejazdów (np. dla nowożeńców). Dziś, uwieczniona na monetach (kiedyś fenigach, obecnie centach), pozostaje chyba najbardziej charakterystyczną budowlą stolicy Niemiec.

Gmach Reichstagu.

Kontynuowaliśmy przejażdżkę przez ścisłe centrum miasta - w znajdującej się za Bramą Brandenburską „zielonej” dzielnicy Tiergarten. Budynek Reichstagu - dawnego parlamentu Rzeszy, po przeniesieniu stolicy z Bonn z powrotem do Berlina, ponownie jest siedzibą wyższej izby parlamentu: Bundestagu. Zbudowany kilka lat wcześniej niż Brama Brandenburska, do 1918 roku był miejscem obrad parlamentu II Rzeszy Niemieckiej. W latach 1919–1933 odbywały się tu posiedzenia parlamentu Republiki Weimarskiej (tak nazywało się wówczas państwo niemieckie). Ciekawostką jest fakt, że budynek ten powstał na działce należącej wtedy do hrabiego Atanazego Raczyńskiego, polskiego ziemianina i pruskiego dyplomaty, dziedzicznego członka pruskiej Izby Panów (izba wyższa ówczesnego parlamentu). Hrabia miał tam swój pałac i nie chciał odsprzedać działki, a cesarz Wilhelm I nie skłaniał się ku wywłaszczeniu, pomimo gotowego projektu dostosowanego do tej lokalizacji. Dopiero po śmierci hrabiego Raczyńskiego w 1874r. i wieloletnich negocjacjach, jego syn zgodził się na sprzedanie terenu.

Kopuła na Reichstagu.
Gmach Reichstagu, a po lewej biura parlamentarzystów.

Gmach zbudowano w latach 1884-1894 według ciągle modyfikowanych projektów. Początkowo zaprojektowana i częściowo zbudowana kopuła kamienna musiała zostać rozebrana, gdyż jej ciężaru nie wytrzymałyby mury. Ostatecznie zbudowano lekką konstrukcję z żelaza i szkła, która zapewniała dopływ światła słonecznego do sali obrad, zwieńczoną koroną cesarską. Nad wielkim, kolumnowym portalem głównego wejścia znajduje się napis: Dem Deutschen Volke - gmach miał być bowiem poświęcony ludowi niemieckiemu. (Inskrypcję umieszczono po 20 latach, bo wcześniej nie godził się na to cesarz). Budynek mocno ucierpiał w pożarze w 1933r. - zapewne został podpalony przez komunistów. Wydarzenie to było pretekstem do przejęcia przez partię Hitlera (NSDAP) władzy w całym państwie - parlamentarna Republika Weimarska została zastąpiona policyjnym państwem totalitarnym. Dalsze zniszczenia nastąpiły w czasie wojny: zamurowano okna i zorganizowano tu m.in. szpital polowy i manufakturę radiostacji. Zdobycie Reichstagu, po długich i ciężkich walkach, a zwłaszcza słynne zawieszenie flagi radzieckiej, stało się symbolem końca wojny. Przez długie lata powojenne budynek znajdował się w ruinie, w strefie zachodniej, a jego bezpośrednie otoczenie legło w gruzach. Odbudowano go dopiero w latach '70, a po zjednoczeniu Niemiec został ponownie przebudowany. Nowa, przezroczysta, szklana kopuła jest jednym z najchętniej odwiedzanych celów turystycznych Berlina i stała się symbolem stolicy - codziennie zwiedza ją średnio ok. 8 tysięcy osób. Z Bundestagiem sąsiadują niskie, ale rozległe, nowoczesne biurowce - biura parlamentarzystów (nie zmieściły się w Bundestagu) oraz urząd kanclerza Niemiec. Po drugiej stronie Sprewy, widzieliśmy nowoczesne budynki Głównego Dworca kolejowego (Berlin Hauptbahnhof).

Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego.
Fragment Muru Berlińskiego przy Bernauer Straße.

Rzeka Sprewa, a także liczne kanały sprawiają, że Berlin to miasto zbudowane „na wodzie” - z czego niewielu przyjezdnych zdaje sobie sprawę. Każda budowa i wykopy (a buduje się tu dużo) wiążą się z koniecznością odprowadzania wypływającej wody długimi plastikowymi rurami, ciągnącymi się wysoko wzdłuż ulic. Dojechaliśmy do miejsca w dzielnicy Mitte, przy ulicy Bernauer Straße, gdzie zachowano przed rozbiórką najdłuższy fragment Muru Berlińskiego (Berliner Mauer) - jednego z najbardziej znanych symboli „zimnej wojny” i podziału Niemiec. Po co sowietom i enerdowcom był taki Mur? Od powstania NRD w 1945r. z roku na rok rosła liczba uciekinierów do „lepszego świata”. W  latach 1949–1961 ok. 2,6 mln ludzi opuściło NRD - głównie tu w Berlinie, bo poza miastem granica była dobrze strzeżona. Ponieważ w wielu wypadkach byli to młodzi, wykształceni ludzie, emigracja ta zagrażała podstawom gospodarki planowej NRD. Na początku lat '60 ulice w strefie linii demarkacyjnej były intensywnie patrolowane, a potencjalni uciekinierzy zawracani. Jednak konieczne stało się zbudowanie solidnej granicy. Brak graffiti, które widzieliśmy wcześniej na murze w innych częściach miasta sprawiał, że ten skrawek historycznego ogrodzenia wydawał się być przeniesiony „żywcem” w czasie. Utworzone tu Miejsce Pamięci Muru Berlińskiego (Gedenkstätte Berliner Mauer) obejmuje ostatni odcinek byłego pasa granicznego o długości 1,4km, który zachowano w stanie oryginalnym wraz ze wszystkimi elementami składowymi, dzięki czemu widoczna jest konstrukcja zabezpieczeń granicznych Muru z końca lat 1980.

Fragment Muru Berlińskiego przy Placu Poczdamskim.

Z platformy widokowej rozciąga się widok na tzw. Pas Śmierci i strażnicę. W przyległych do platformy pomieszczeniach urządzono wystawę na temat Muru i etapów jego budowy. Ciekawe były zdjęcia pokazujące, jak dokładnie w tym miejscu Mur Berliński powstawał. Najpierw w kamienicach wzdłuż ulicy zamurowano okna i drzwi po stronie „zachodniej”, a przerwy między budynkami wypełniono płotem (1965r.). Następnie kamienice wyburzono, pozostawiając jedynie ściany frontowe do I piętra z zamurowanymi wcześniej otworami (1966r.). W kolejnych latach zastąpiono ceglane ściany żelbetowymi płytami (4m wysokości), tworzącymi dwa rzędy, z Pasem Śmierci pomiędzy nimi (1980r.). W ciągu następnych kilku lat wyburzono pozostałe pobliskie budynki po stronie „wschodniej”. Szokujące jest zdjęcie wyburzanego kościoła zrobione w 1985r., zestawione z kolejnym z 1990r., na którym Muru już nie ma. Za pomocą prętów i płyt ze stali pokrytej rdzą odtworzono w terenie przebieg wyburzonego muru. A w płytach chodnikowych co kawałek umieszczono metalowe tarcze upamiętniające ofiary, które próbując przekroczyć mur w tych miejscach - straciły życie. Tych ofiar było co najmniej 136, a niektórzy twierdzą, że ponad 200 - głównie zastrzeleni przez wojsko i policję NRD. Udanych ucieczek przez Mur było ok. 5 tysięcy. Mur Berliński padł w nocy z 9 na 10 listopada 1989r., po przeszło 28 latach istnienia, a rok później zakończono jego rozbiórkę, pozostawiając 6 odcinków, które pełnią funkcję monumentów. Z niewiadomych przyczyn nie odwiedziliśmy innego miejsca, które było w planie: Checkpoint Charlie. Było to najbardziej znane przejście graniczne przez Mur Berliński. Obecnie znajduje się tam Muzeum Muru Berlińskiego oraz symboliczny punkt kontroli granicznej – atrakcja turystyczna, w której można nabyć odcisk pieczątki kontroli granicznej z wybranej przez siebie strefy okupacyjnej.

Berlin - katedra i Stare Muzeum na Wyspie Muzeów.

Wykorzystując przerwę w deszczu wysiedliśmy na kilkanaście minut na Wyspie Muzeów. Na leżącej na rzece Sprewie wyspie, w centrum Berlina, znajduje się jeden z najważniejszych kompleksów muzealnych świata, obejmujący: Muzeum im. Bodego (Bodemuseum), Muzeum Pergamońskie (Pergamonmuseum), Nowe Muzeum (Neues Museum), Starą Galerię Narodową (Alte Nationalgalerie) oraz Stare Muzeum (Altes Museum). W zbiorach Wyspy Muzeów znajdują się głównie eksponaty archeologiczne oraz dzieła sztuki z XIX w. W 1999r. Wyspa Muzeów, jako unikatowy zespół architektoniczny i kulturalny, została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Na powyższej panoramie widać Stare Muzeum (rzeczywiście najstarsze na wyspie - z 1830r.) oraz katedrę. Niestety żadnego z tych obiektów nie mieliśmy zwiedzać, jak również żadnego z pozostałych. (Na zdjęciu po lewej widać niezłą rzeźbę sprzed Starego Muzeum - patrząc z prawego boku - to tylko wojowniczka na koniu, ale z takiego ujęcia jak tu - widać znacznie więcej...).

Berlin - budowa zamku.
Rzeźba przy wejściu do Starego Muzeum.

Mnie osobiście najbardziej ciągnęło do Muzeum Pergamońskiego (najnowszego z nich - z 1930r.). Przyciąga ono najwięcej zwiedzających ze wszystkich muzeów Berlina. Podziwiać tam można imponujące zbiory sztuki hellenistycznej z Wielkim Ołtarzem Zeusa (ołtarzem pergamońskim) z lat 180-160 p.n.e. (to nie rekonstrukcja tylko oryginał przywieziony w kawałkach!) oraz bramą targową z Miletu, a także obiekty sztuki babilońskiej czy islamskiej. W czasie II Wojny Światowej muzea zostały zniszczone w ponad 70%. Ich odbudowa rozpoczęła się w 1950 r., ale dopiero po zjednoczeniu Niemiec zaczęto ją kończyć. Wcześniej odbudowane obiekty są ponownie odrestaurowywane (aktualnie: Muzeum Pergamońskie), a kolekcje porządkowane. Ewangelicka katedra zbudowana w latach 1894-1905, w stylu późnego, włoskiego renesansu, jest jedną z największych w Berlinie. To właśnie tutaj odbywają się najczęściej ekumeniczne nabożeństwa z okazji świąt państwowych lub w ważnych dla narodu momentach. Po zniszczeniach wojennych została odbudowana dopiero w latach 1975-1993. Duża zielona przestrzeń widoczna na panoramie, to ogród Lustgarten - dawny ogród przyzamkowy. Swoją obecną formę - rozległego trawnika otoczonego drzewami - uzyskał dopiero niedawno - w ostatnich latach XXw. A gdzie zamek? Przylega do Lustgarten od południa, naprzeciwko Starego Muzeum. Zamek w Berlinie był rezydencją królów Prus od utworzenia Królestwa Prus w 1701r. Na przestrzeni lat był wielokrotnie przebudowywany, a w 1945r. został uszkodzony przez alianckie bombardowania. W roku 1950 zniszczone budynki zamku zostały całkowicie zburzone na polecenie władz NRD, które uznały go za symbol „pruskiego imperializmu”. W latach 1973-1976 na jego miejscu zbudowano Pałac Republiki. Po zjednoczeniu Niemiec rozpoczęła się dyskusja nt. odbudowy zamku - ostatecznie jego odbudowa (od podstaw, po zburzeniu Pałacu Republiki) rozpoczęła się w 2013 roku i nadal trwa. Po jej zakończeniu (pod koniec 2019r.) ma być oddany do użytku publicznego jako muzeum sztuki oraz hotel.

Sony Center na Placu Poczdamskim.
Plac Poczdamski w deszczu.

Ostatni przystanek naszego objazdu stolicy Niemiec - Plac Poczdamski. To jeden z największych i najruchliwszych placów w centralnym Berlinie, na granicy dzielnic Mitte oraz Tiergarten. Plac powstał jako rozstaje dróg przed nieistniejącą już Bramą Poczdamską (Potsdamer Tor) należącą do zbudowanego w latach 1734–1737 berlińskiego muru celnego i akcyzowego. W 1838 przy placu zbudowano dworzec końcowy drugiej w Niemczech i pierwszej w Prusach kolei, a w 1902 stację pierwszej linii berlińskiego metra. W latach '20 oraz '30 był jednym z najruchliwszych placów w całej Europie, centrum berlińskiego życia nocnego. W 1924 na placu zamontowano pierwszą w Niemczech (i w Europie) sygnalizację świetlną. Zniszczony podczas ostatniej wojny, znajdując się na styku stref: amerykańskiej, brytyjskiej i radzieckiej, całkowicie się wyludnił - tworząc rozległą strefę śmierci Muru Berlińskiego. Po zburzeniu Muru w 1989r., na zupełnie pustym placu dał wielki koncert Roger Waters. W kolejnych latach Plac Poczdamski stał się nowoczesnym centrum biznesowym, rozrywkowym i handlowym Berlina. Mieliśmy tu godzinę czasu wolnego - na zakupy i ew. obiad. Ponieważ cały czas padało, ograniczyliśmy się tylko do zadaszonej galerii handlowej i jej najbliższych okolic (pyszne lody na I piętrze). Zajrzeliśmy też na moment do Sony Center, którego serce stanowi przykryty dachem otwarty plac. A wokół placu: 3 kina, akademia filmowa oraz Muzeum Filmu. Na wielkim telebimie transmitowane są najważniejsze imprezy kulturalno-rozrywkowe z całego świata.

*

Kiedy wyjeżdżaliśmy z Berlina, z niewiadomych przyczyn wyjechaliśmy na północny-zachód (w kierunku na Hamburg), by na „rogatkach” miasta zawrócić i wracać przez całą zatłoczoną metropolię (teraz już nie przez samo centrum, ale też były straszne korki). Straciliśmy na tym genialnym manewrze przynajmniej 1,5h i ostatecznie byliśmy w Polsce 2h później niż planowano - po północy. Dla nas nie był to żaden problem, bo tym samym autokarem dotarliśmy do Bydgoszczy, ale osoby, które przesiadały się w Poznaniu, Bydgoszczy i Toruniu w środku nocy, zapewne nie były z tego powodu szczęśliwe. W powrotnej drodze znów zatrzymaliśmy się w okolicach Torzymia - na obiadokolację. Oczywiście zamówiona i płatna we własnym zakresie, ale od biura Rainbow dostaliśmy w prezencie dowolnie wybrany napój - zamiast drinka powitalnego :-) Wziąłem markowe polskie piwo, ale daleko było mu do bawarskich specjałów.


Podsumowanie.

Bawaria (pełna nazwa: Wolny Kraj Bawaria) to największy pod względem powierzchni i najlepiej rozwinięty gospodarczo kraj związkowy Niemiec. Nie sposób w ciągu 5 dni w pełni go poznać i zrozumieć, jak się tam żyje. Jednak ta krótka wycieczka, którą odbyliśmy sprawiła, że mamy teraz jako-takie pojęcie o Bawarii, a także (jeszcze bardziej ogólne) o całych Niemczech. Myślę, że niewielkim błędem będzie stwierdzenie, że Bawaria to Niemcy „w pigułce”. Przynajmniej pod względem kulturowym i gospodarczym, bo krajobrazowo Niemcy są już bardziej zróżnicowane. Bawaria to kraina wyżynna (w większości powyżej 500m n.p.m), a na południu górska (Alpy do prawie 3tys.m n.p.m) - i taka jest generalnie południowa część karaju. Natomiast na północy dominują niziny i rozległe wybrzeże - wydmowe, często podmokłe, z wielkimi portami.

Z tym uogólnieniem Bawarii na całe Niemcy jest jeszcze jeden problem. Bo np. Polska to prawie jednolity kraj - dawne historyczne podziały na regiony (np. Małopolska, Pomorze, Wielkopolska itp.) nie były wówczas aż tak bardzo wyraźne, a obecnie prawie się zatarły (no może poza Śląskiem i Kaszubami). Natomiast Niemcy nigdy nie były jednolite - nawet w czasach Cesarstwa Niemieckiego - składały się z wielu monarchii i wolnych miast, o dość dużej niezależności. Obecnie też nie stanowią jednolitego organizmu państwowego tylko są federację krajów związkowych (landów). Obywatele landów, jako spadkobiercy mieszkańców niezależnych księstw, do dzisiaj mają bardzo silne poczucie niezależności i swojej odrębności. Wysoki rozwój gospodarczy i ekonomiczny Bawarii ściągał (i nadal ściąga) tu przybyszów z innych części Niemiec - zwłaszcza ze wschodnich landów (a także z innych krajów). Bawaria to taka niemiecka Nibylandia - podobno każdy Niemiec, który dorobił się na północy kraju, marzy o domku na południu, gdzie mógłby spędzić swoją starość. Ale nawet taki przybysz z innego landu, który po wielu latach opanuje dobrze lokalne dialekty, upodobni swój sposób życia do tutejszego i będzie się ubierał w tradycyjne skórzane spodnie, nadal będzie dla rdzennych Bawarczyków „obcym”. A do tego jeszcze dochodzi poczucie odrębności mieszkańców różnych części landu. Przykładowo mieszkańcy Frankonii pomimo, że od ponad 100 lat są też mieszkańcami Bawarii, to nadal akcentują swoją odrębność.

A skoro już wspomniałem o tych spodniach - Lederhosen (dosłownie: „skórzane spodnie”) używane były zazwyczaj jako spodnie robocze noszone przez mężczyzn w Alpach i na sąsiadujących terenach. I choć obecnie są zarezerwowane raczej na uroczystości i festyny, noszone z wielką dumą w święta i wakacje, w ogródkach piwnych i na festynach ludowych takich jak „Oktoberfest” w Monachium, to na prowincji nadal służą jako trwałe odzienie do pracy w ogrodzie czy podczas wędrówek. Wielu mężczyzn nosi te krótkie spodnie z szelkami, z pięknymi naszyciami wykonanymi przez żony lub ukochane. A kobiety konkurują o to, która z nich wykona najpiękniejsze naszycie na szelki! Podobnie jak kilt w Szkocji lub kowbojski kapelusz w USA - „Lederhosen” noszone są z dumą przez mężczyzn w każdym wieku w całej Bawarii.

Bawarczyk w tradycyjnym stroju.

Poznaliśmy pobieżnie kilka miast bawarskich - prawdopodobnie tych najładniejszych lub o najciekawszej historii i tradycjach. Bo żeby zwiedzić wszystkie, i to dokładnie, trzeba by tu spędzić pewnie kilka tygodni. Eleganckie Bayreuth - miasto Wagnera i Wilhelminy oraz małych rodzinnych browarów, z szerokimi arteriami zabudowanymi prestiżowymi i majestatycznymi budynkami. Urokliwy Bamberg - perełka nie tylko Frankonii, ale i całych Niemiec, będący dla Niemców tym, czym Kraków dla Polaków. Jego wąskimi, urokliwymi uliczkami, wśród eleganckich średniowiecznych kamienic, mostami nad rzekami i kanałami, można by chodzić godzinami, popijając swobodnie na ławeczce wyborne piwo. Atmosfera tego miasta była tak niesamowita, że nawet nie przeszkadzały nam tłumy turystów. Naznaczona nazizmem Norymberga, choć też ma ładną starówkę i uroczy cmentarz św. Jana, to już zupełnie inne klimaty. Może dlatego, że po niemal całkowitym zniszczeniu wojennym, została od podstaw odbudowana - odrodzona jak feniks z popiołów. Chyba ciekawsza i przyjemniejsza w zwiedzaniu była Ratyzbona - nie bez powodu cała jej starówka wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. I to nie tylko Kamienny Most, czy kamienice-wieże są tu najciekawsze - całe miasto sprawiało wrażenie, jakby to ono, a nie Monachium, było najważniejsze w Bawarii. W końcu z jakiejś przyczyny obradował tu Nieustający Sejm Rzeszy. Monachium zdecydowanie nie przypadło nam do gustu - dawna stolica księstwa, a obecna landu, to niezbyt przyjazny moloch, a w dodatku pełen przybyszów obcych kulturowo. Jedyne, co ratowało to miasto w moich oczach, to wizyta w centrum BMW i wjazd na wieżę telewizyjną.

Dobrze się stało, że w programie wycieczki, oprócz średniowiecznych miast, znalazło się też miejsce dla Alp Bawarskich. Ten jeden dzień, spędzony w górach i na zwiedzaniu zamków i pałaców Bajkowego Króla, był miłym wytchnieniem od Średniowiecza. A zwłaszcza zamek Neuschwanstein - bez niego wycieczka nie miałaby takiego uroku. Szkoda tylko, że nie mieliśmy tam takiej słonecznej pogody jak w pierwszych dniach naszego pobytu. No i w odróżnieniu od Bamberga - tu tłumy turystów były dość uciążliwe. Wieczór spędzony w Garmich-Partenkirchen - takim bawarskim Zakopanem - był miłym podsumowaniem tego jednodniowego odstępstwa od zwiedzania z historią w tle. Narzekałem tu trochę na pogodę tego dnia w Alpach. Ale obiektywnie patrząc, podczas całego naszego pobytu w Bawarii, pogodę mieliśmy jeśli nie idealną, to na pewno bardzo dobrą. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić tej wycieczki, jeśli przez większość czasu padałoby tak, jak ostatniego dnia w Berlinie. A Berlin? Cóż to taki „gratisowy” dodatek do Bawarskich Specjałów - wielkie, eleganckie miasto, chyba ładniejsze i ciekawsze od Monachium, szkoda tylko, że oglądane zza mokrych szyb autokaru.

Nie sposób nie wspomnieć o kuchni frankońskiejbawarskiej. Dużo się tu jada mięsa wieprzowego, często przygotowywanego z kością (i z nią podawanego). Sporo przepisów wiąże się z moczeniem takiego mięsa w piwie. Bo kto jak kto, ale Bawarczycy, a w szczególności Frankończycy, na piwie znają się jak nikt. A do mięsa przeważnie ziemniaki - najczęściej gotowane, albo podsmażane czy w postaci knedla, maczanego w sosie. I surówki. Niby podobnie jak u nas, tylko proporcje inne: w Polsce tradycyjnie większość talerza zajmują ziemniaki, a resztę: mięso i surówki. W Bawarii to mięso, często tłuste, dominuje na talerzu. Więc popularny u nas stereotyp bawarskiego jadła - golonka i piwo - nie odbiega od rzeczywistości. Tylko jeść tyle kalorii na co dzień - to nie może się kończyć dobrze... Frankonia, a szczególnie Norymberga, słyną z jeszcze jednego specjału - małych cienkich kiełbasek, smażonych lub pieczonych i podawanych z lekko słodką musztardą. W kioskach w mieście często podawane są po dwie lub trzy w przeciętej bułce. Każde z miast ma nieco inną, oryginalną recepturę, inne przyprawy i rozmiary, ale najsłynniejsze są te z Norymbergi. Próbowałem i w mieście - tych z Bamberga, i w hotelu - chyba norymberskich - jeśli ktoś, tak jak ja, przepada za kiełbasą z grilla i musztardą (a nie ketchupem), będzie nimi zachwycony.

Krótki pobyt w Bawarii nie był tak męczący jak objazdówka po całych Włoszech, na której byliśmy kilka lat wcześniej. Pewnie nie był też tak ciekawy, choć i tu program zwiedzania był napięty. Ale zdecydowanie było to przyjemne doświadczenie - aktywny wypoczynek powiązany z poznawaniem naszych zachodnich sąsiadów. Mamy nadzieję, że i do pozostałych sąsiadów, na podobne wycieczki, uda się nam kiedyś pojechać.


*

Program wycieczki w kolejnym roku uległ kilku zmianom, niekoniecznie na lepsze. Zrezygnowano zupełnie z pobytu w Berlinie oraz w Ga-Pa, a także z noclegu tranzytowego. I odwrócono kolejność trasy - wycieczka rozpoczyna się od Monachium i Alp, a kończy w Bambergu.