Dzień 3: Pekin

Perłowy zawrót głowy - czyli „fabryczny” sklepik
Rozcięty perłopław słodkowodny z widocznymi perłami

Manufaktura pereł

Trzeciego, ostatniego dnia w Pekinie będziemy zwiedzać ścisłe centrum: Plac Niebiańskiego Spokoju i Zakazane Miasto - pałac cesarski. Ale rozpoczynamy od czegoś zupełnie innego - od wizyty w fabryce pereł. Perły tworzą się w małżach słonowodnych i niektórych słodkowodnych. Najczęściej stanowią reakcję na ciało obce, które dostało się do wnętrza muszli, choć czasem wystarczy tylko ranka w ciele małża. W XIII w. w Chinach odkryto, że perły można hodować, umieszczając w muszli takie ciało obce. Małż broni się, odkładając wokół niego kolejne cieniutkie warstwy masy perłowej, takiej samej, jaką wyścielona jest od wewnątrz muszla. Po kilku latach powstaje drogocenna lśniąca perła. Wbrew opiniom, takim ciałem obcym nie może być ziarnko piasku - małż radzi sobie z nim inaczej, wydalając je. Na przełomie XIX i XX wieku technikę hodowania rozwinęli Japończycy, stając się przez długie lata światowym potentatem w tej dziedzinie. Obecnie również Chiny są liczącym się na świecie producentem pereł, a rozwój hodowli w ostatnich latach sprawia, że wychodzą na pozycję lidera. Cały przemysł z tym związany jest tak bardzo dochodowy, że zmonopolizowany jest przez rząd ChRL. Wizyty w manufakturach pereł są stałym punktem wycieczek zagranicznych, a że są to firmy państwowe, można tam za zakupioną biżuterię płacić walutami (osoby prywatne w Chinach nie mogą dokonywać transakcji walutowych, a nawet muszą się tłumaczyć z ich posiadania).

Pamiątka z wycieczki - prawdziwe perły
Fantazyjne kolory są rezultatem domieszkowania związkami metali

Obecnie wytwarzane przez małże perły na potrzeby przemysłu jubilerskiego, prawie wyłącznie pochodzą hodowli. Nie poszukuje się już takich, które tworzą się naturalnie, bez ingerencji człowieka. Jeśli się takie znajduje, to głównie przypadkowo, np. podczas połowu ryb. Często o perłach hodowanych mówi się, że nie są one naturalne. Ale to taki sam naturalny produkt metabolizmu mięczaka jak perły powstające bez ingerencji człowieka. Nie są to perły sztuczne, tak jak np. sztuczne minerały (kamienie jubilerskie) wytwarzane w piecach, a nie naturalnie w procesach geologicznych. A sposób zapoczątkowania wzrostu perły nie ma wpływu na jej skład chemiczny czy walory estetyczne (o ile np. nie stosuje się dodatkowych związków chemicznych mających wpływ na kolor).

Róże rosnące przy chodniku - częsty widok w miastach

Perły małży słonowodnych są znacznie droższe i cenniejsze. Po pierwsze dlatego, że są przeważnie idealnie kuliste, podczas gdy słodkowodne bardzo rzadko takie bywają - najczęściej są lekko spłaszczone lub wydłużone. Na pierwszy rzut oka często jest to nawet niewidoczne, dopiero potoczona po równej powierzchni perła, nieprostoliniowym ruchem zdradza swe niedoskonałości. Z uwagi na niższą temperaturę wody i wolniejszy metabolizm organizmu mięczaka, perły słonowodne mają też z reguły ładniejszy połysk niż perły słodkowodne. Skąd więc zainteresowanie słodkowodnymi? Są zdecydowanie łatwiejsze i tańsze w hodowli, szybciej rosną, w jednej muszli można ich wyhodować nawet ponad 20 (słonowodne - tylko jedna). Istnieją metody hodowli pozwalające uzyskać produkty nie ustępujące wyglądem słonowodnym, ale takie perły są droższe. Perły słodkowodne występują w całej gamie kolorów - od białej, kremowej, złocistej, przez kolory pastelowe, aż po głęboki fiolet. W sposób sztuczny uzyskuje się także barwy fantazyjne: czerwone, zielone, niebieskie, brązowe, również czarne (ciemno szare, zupełnie czarne nie istnieją). Większość pereł słodkowodnych osiąga rozmiar od 3 do 8 mm (rekordowe do 12 mm). Większe okazy przeważnie pochodzą z morza i mają od 9 do 16 mm (rekordowe ponad 22 mm). Perła to nie minerał, nie jest wieczna - po długim czasie (ponad 100 i więcej lat) starzeje się - najpierw staje się matowa, pęka, łuszczy się, a w końcu rozsypuje się.

Wizyta w manufakturze pereł ma nie tylko funkcję poznawczą - głównie chodzi o nakłonienie turystów do zakupów, czy to biżuterii, czy kosmetyków z masy perłowej, „działających cuda”. A przewodnicy nie zawsze ukrywają, że sprowadzają ich tu nie bezinteresownie. Ale z drugiej strony, sprzedawane tu perły mają rzeczywiście przystępną cenę (znacznie niższą niż np. w Polsce), zwłaszcza takie II klasy, o mniej idealnych kształtach, ale tak oprawione w metal (głównie srebro), że jest to trudne do zauważenia. My początkowo byliśmy sceptycznie nastawieni do zakupów, ale w końcu „coś” znaleźliśmy, podobnie jak wszyscy pozostali uczestnicy wycieczki.

Plac Niebiańskiego Spokoju (Plac Tian'anmen)

Mauzoleum Przewodniczącego Mao Zedonga
Obie części Bramy Na Wprost Słońca (pomiędzy nimi - szeroka ulica)

Właściwie poprawne tłumaczenie chińskiej nazwy, to Plac Bramy Niebiańskiego Spokoju, ale powszechnie używa się skróconej wersji. To największy na świecie plac miejski - obecnie ma 40ha, choć jeszcze w latach '60 XXw. było to 11ha. Powiększono go by mógł pomieścić milion zwolenników władzy komunistycznej. Od czasów dynasti Ming na placu, otoczonym wówczas murem, stanowiącym część Wewnętrznego Miasta, zlokalizowane były główne urzędy państwowe: ministerstwa, cesarski szpital i akademia. Przez jego środek przebiegał zadaszony Korytarz Tysiąca Bu (1bu=1,5m), którym mogli chodzić tylko najwyżsi dostojnicy państwowi. Pośrodku placu stoi postawna kolumna - pomnik Bohaterów Ludowych. Dookoła plac otoczony jest majestatycznymi gmachami: Halą Ludową (parlament) i Muzeum Narodowym przy dłuższych bokach oraz Bramą Niebiańskiego SpokojuBramą Na Wprost Słońca - przy krótszych. Ta ostatnia była kiedyś południową bramą miejską Pekinu, stanowiącą wejście na teren Wewnętrznego Miasta, zarezerwowanego dla urzędników. Zwykli obywatele mieli tu bardzo ograniczony dostęp. Kiedyś była największą z pekińskich bram, ale została obecnie podzielona na dwie części, pomiędzy którymi przebiega szeroka, ruchliwa ulica. Przez Bramę Na Wprost Słońca cesarz udawał się do Świątyni Nieba, którą odwiedziliśmy dwa dni wcześniej. Po przeciwnej stronie placu stoi równie okazała Brama Niebiańskiego Spokoju, za którą położone jest Zakazane Miasto - pałac cesarski, do którego oprócz rodziny cesarskiej wstęp mieli tylko najwyżsi urzędnicy państwowi. Olbrzymia przestrzeń Placu Tian'anmen robi wielkie wrażenie, zwłaszcza kiedy spoglądaliśmy nań wzdłuż dłuższego (prawie 800m) boku placu, przy którym znajduje się gmach parlamentu. Plac wydawałby się jeszcze większy, ale widok przesłania wielkie Mauzoleum Przewodniczącego Mao (Zedonga, u nas znanego bardziej jako Mao Tsetung), wybudowane po jego śmierci w 1976r. Tłumy ludzi na placu były umiarkowane, ale kolejka do mauzoleum była ogromna - długa i szeroka. Każdy Chińczyk przynajmniej raz w życiu powinien oddać hołd zabalsamowanemu ciału Przewodniczącego (ma na to w środku zaledwie chwilę).

Pomnik Bohaterów Ludowych, a za nim gmach Muzeum Narodowego
Tu widać prawdziwą wielkość placu. Za drzewami skrywa się mauzoleums

Plac Tian'anmen to zarówno miejsce romantycznych spotkań, zabaw dzieci, puszczania latawców jak i parad wojskowych - w północnej części, na alei Wiecznego Spokoju, oddzielającej plac od Bramy Tian'anmen. Kiedy spacerowaliśmy po placu, przemieszczaliśmy się wśród tłumów Chińczyków. Większość z nich, sądząc po wyglądzie - gości z prowincji, przyszła tu, aby też pospacerować i zachwycać się okolicą: wielką przestrzenią i monumentalnymi budowlami, przed lub po wizycie w mauzoleum. Zdawać by się mogło: sielski krajobraz. Ale nie do końca - nietrudno było zauważyć licznych policjantów, głównie w kilkuosobowych grupkach, patrolujących okolicę. Wprawne oko dostrzeże też liczne kamery umieszczone na każdym słupie (na jednym z nich naliczyłem 12). Prawie żadne oko nie zauważy jednak dziesiątków tajniaków i nieumundurowanych policjantów. To chyba najbardziej strzeżone publiczne miejsce w Pekinie. Władze dosłownie nie spuszczają z niego oka, nie chcąc ponownie dopuścić do manifestacji, podobnych do tych, które miały tu miejsce dokładnie 30 lat wcześniej, zakończonych śmiercią tysięcy protestujących, głównie studentów, zastrzelonych albo rozjechanych czołgami. Każde nietypowe zagęszczenie spacerujących albo inne dziwne zachowania, podobno błyskawicznie skupiają wzrok kamer i funkcjonariuszy. O tych tragicznych wydarzeniach wiedzą niemal wszyscy zagraniczni turyści, przybywający w to miejsce. Natomiast niewielu Chińczyków zdaj sobie sprawę, czego sceną był ten ładny plac. Władze wymazały te wydarzenia z historii i większość obywateli albo nigdy o nich nie słyszała, albo zna tylko złagodzoną wersję oficjalną.

Aleja Wiecznego Spokoju, a za nią gmach parlamentu (Hala Ludowa)
Wspólne zdjęcie całej naszej wycieczki

17 kwietnia 1989 na placu miała miejsce manifestacja studentów ku czci zmarłego dwa dni wcześniej sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin (KPCh) Hu Yaobanga uważanego za zwolennika reform politycznych w Chinach. Głównymi celami protestów były: demokratyzacja, rozwój gospodarczy oraz zakończenie korupcji w szeregach Komunistycznej Partii Chin. Od tej chwili na placu zbierały się stale coraz większe i coraz bardziej radykalne demonstracje. Doszło do strajku głodowego (wzięło w nim udział 2-3 tysiące studentów), który przerodził się w okupację placu. Studentów poparli pekińscy robotnicy. 20 maja wprowadzono w Pekinie stan wyjątkowy. Pierwsze próby rozpędzenia studentów przy użyciu lokalnych oddziałów wojskowych zakończyły się niepowodzeniem. Dopiero sprowadzona z prowincji armia, na rozkaz władz, nocą z 3 na 4 czerwca 1989, przy użyciu czołgów i ognia z broni maszynowej, rozpędziła uczestników protestów. Większość ofiar zginęła podczas walk na przylegającej do placu Tian’anmen alei nomen omen Wiecznego Spokoju. Jednym z najbardziej znanych obrazów dokumentujących protest studentów jest fotografia (nominowana do nagrody Pulitzera) przedstawiająca nieznanego mężczyznę, który zagrodził drogę kolumnie czołgów. Według oficjalnych danych rządu chińskiego, podczas protestów zginęło 241 osób. Dane nieoficjalne mówią o tysiącach zabitych, często ze szczególnym okrucieństwem.

Marmurowe mostki nad Złotą Rzeką przed Bramą Niebiańskiego Spokoju

Robimy sobie wspólne, grupowe zdjęcie na tle Bramy Niebiańskiego Spokoju. Niezwykłej bramy. Oprócz tego, że była łącznikiem między światem zewnętrznym a pałacem cesarskim, byłą świadkiem wielu wydarzeń. Brama wraz z placem powstały w 1417 roku, za panowania cesarza Yongle, który jak pamiętamy, przeniósł stolicę do Pekinu. Kilkakrotnie zniszczona w czasie panowania dynastii Ming, obecną postać i nazwę otrzymała po objęciu władzy przez dynastię Qing (w 1644r.). Z jej szczytu spuszczano na sznurze w dziobie rzeźbionego feniksa cesarskie edykty, ogłaszano wyniki egzaminów państwowych i żegnano ekspedycje wojskowe. Raz do roku z lewej części bramy cesarski urzędnik przeprowadzał rewizję wyroków śmierci, które napływały do Pekinu; w przypadku zatwierdzenia kary wykonywano ją na miejscu. Sam cesarz pojawiał się na bramie bardzo rzadko; jeśli już to następowało, towarzyszył mu kilkutysięczna świta. Z tarasu na szczycie bramy 1 października 1949 Mao Zedong ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej. Od tego czasu nad głównym wejściem bramy zawieszony jest jego ogromny portret (z przerwą na portret Stalina). Podczas obchodów świąt państwowych zasiadają tam najwyżsi przedstawiciele władz. Pod koniec lat 60. XX wieku brama była w bardzo złym stanie. Na polecenie premiera w latach 1969-1970 zasłonięto ją rusztowaniami i w tajemnicy rozebrano, po czym odbudowano przy użyciu tradycyjnych technik i materiałów. Podczas naszego pobyt jej dolna część także zasłonięta była rusztowaniami, ale chyba nie zamierzają jej ponownie rozbierać?

Zakazane Miasto (WIDOK z GÓRY)

Pawilon Najwyższej Harmonii - najważniejsza sala tronowa kompleksu
Brama Południkowa - to za nią znajduje się właściwe Zakazane Miasto

Przejściem pod ziemią (tu też co kawałek policjant) przechodzimy na drugą stronę alei Wiecznego Spokoju, wychodząc tuż przy samej bramie. Brama Niebiańskiego Spokoju (66m długości, 37m szerokości i 32m wysokości) przytłacza swoim rozmiarem. Posiada pięć wejść i dziesięć wewnętrznych korytarzy. Środkowe wejście służyło jedynie cesarzowi. Przed bramą znajduje się fosa zwana Złotą Rzeką (Jinshuihe), z siedmioma przerzuconymi nad nią marmurowymi mostkami. Przez jeden z nich (nie środkowy) przeszliśmy na dziedziniec przed Pałacem Cesarskim (oficjalnie nazywanym: Muzeum Pałacowe). Przy Bramie Południkowej po raz pierwszy mamy do czynienia z „rytuałem”, który będzie się powtarzał wielokrotnie w czasie naszej wycieczki. Kontrole bezpieczeństwa, z prześwietlaniem toreb i plecaków, i wyłuskiwaniem z nich zapalniczek. Nieautomatyczna kontrola biletów przy przejściu przez bramki automatyczne: przy takiej bramce stoją zwykle dwie starsze osoby (głównie panie), w uniformach, pobierają od zwiedzających bilet, skanują i oddają z powrotem. Ciekawe dlaczego nie można robić tego samemu? Żeby ktoś miał pracę? A może taka obsługa przydaje się gdy są normalne tłumy, a nie tak jak podczas naszego pobytu („dołek” frekwencji turystycznej)? Musimy tu przyjechać jeszcze raz, kiedy będą prawdziwe tłumy, to się przekonamy...

Bocznymi dziedzińcami mijamy pawilony części prywatnej pałacu.
Ilość figurek na narożniku dachu określa status budynku

Przechodzimy przez kolejne bramy, place i pawilony - wszystko wielkie, rozległe, majestatyczne. Budynki pokryte są żółtą, ceramiczną dachówką - zarezerwowaną dla pałaców cesarskich. A na ścianach i kolumnach dominuje również cesarska czerwień. Cały kompleks powstał oczywiście zgodnie z wytycznymi feng-shui. Pilotka zwraca naszą uwagę na narożniki dachów - na każdym jest rządek „strażników” - mitycznych lub realnych stworów. Ale najważniejsza jest ich liczba - im więcej, tym ważniejszy jest budynek. Za kolejną bramą - Najwyższej Harmonii znajduje się centrum pałacu, a zarazem administracyjne i ceremonialne centrum Cesarstwa: kompleks trzech hal tronowych. Pawilon Najwyższej Harmonii, pawilon Doskonałej Harmonii, pawilon Odnawiającej się Harmonii... nazwy zaczynają się nam mylić - tyle tu tego! Na obszarze o długości 960m i szerokości 760m wzniesiono ok. 800 pałaców i wiele mniejszych pawilonów. My zobaczymy tylko skrawek tego wielkiego kompleksu. Za częścią oficjalną, oddzielona murem i Bramą Niebiańskiej Czystości znajduje się część prywatna, również złożona z trzech, umieszczonych wzdłuż tej samej osi (północ-południe) pawilonów. Tu na narożniku dachu widzimy aż 9 figurek „strażników” - to maksymalna liczba, jesteśmy więc przy cesarskiej sypialni. Obok sypialnia cesarzowej, a pomiędzy nimi wspólny pawilon - Sala Jedności. Wokół tych trzech pałaców są jeszcze pawilony rodziny cesarskiej i konkubin.

Szeroka na 50m fosa wokół Pałacu Cesarskiego. W oddali Chińska Waza
Park Jingshan na wzgórzu, na północ od Zakazanego Miasta

Upał jest straszliwy. Według termometru „tylko” 30oC, ale nagrzane kamienne budynki dodatkowo potęgują odczucie gorąca. No i te tłumy turystów - głównie Chińczyków. Zwiedzanie powoli zaczyna być męczące. Na szczęście dochodzimy już do północnego skraju Zakazanego Miasta z niewielkim parkiem, gdzie wreszcie jest troszkę cienia i chłodniej. Odrobinę. Mamy tu chwilę czasu wolnego, przed opuszczeniem kompleksu. Więc na koniec jeszcze kilka faktów. Pałac Cesarski w Pekinie zwany Zakazanym Miastem powstał za czasów trzeciego cesarza dynastii Ming - Yongle w latach 1406-1420. Jest największym na świecie kompleksem pałacowym - zajmuje powierzchnię 72 hektarów. Jest też jednym z najstarszych oraz najlepiej utrzymanych pałaców w Chinach. Miejsce to widziało 24 cesarzy dynastii Ming i Qing na przestrzeni prawie 600 lat. Do dzisiaj zachowało wielowiekową kulturę i historię Chin. A nazwa "Zakazane Miasto" wynika z faktu, że jako rezydencja chińskich cesarzy i ich rodzin oraz nadwornej służby, nie była dostępna dla „zwykłych śmiertelników” mieszkających poza jego murami. Według legendy, w Zakazanym Mieście znajduje się 9999 pokoi. Według badań przeprowadzonych w 1973 roku faktycznie jest ich 8704. Tylko bóstwa miały prawo do zbudowania pałacu z 10.000 pokojami. Śmiertelnicy w ten sposób starali się zbliżyć jak najbardziej do ideału doskonałości. Pałac był przez wieki niezależny i samowystarczalny, a w jego wnętrzah toczyło się życie całkowicie odizolowane od świata zewnętrznego. Tu zapadały decyzje dotyczące najważniejszych spraw imperium, tu rozgrywały się walki o wpływy, rozpętywały intrygi, skrywane były cesarskie tajemnice. A wszechobecny przepych przytłaczał gości cesarza. Po ustanowieniu republiki w 1912, część zewnętrzną Zakazanego Miasta udostępniono jako muzeum, w części wewnętrznej do roku 1924 nadal mieszkał były już cesarz Puyi (znany jako Ostatni Cesarz). Od lat '60 ubiegłego wieku cały kompleks dostępny jest dla wszystkich jako muzeum.

Pokaz pparzenia herbaty

Opuszczając zakazane miasto Bramą Północną i mostem nad bardzo szeroką fosą, widzimy położony na wzgórzu Park Jingshan. To dawny park cesarski, miejsce odpoczynku władców. Głównym punktem parku jest sztuczne wzgórze o wysokości 48 metrów, usypane z ziemi pozostałej po kopaniu fosy wokół Zakazanego Miasta. Na jego szczycie wzniesino 5 pawilonów, przed którymi dawniej stały miedziane posągi buddy. Na zboczu wzgórza rosło niegdyś drzewo, na którym w 1644 roku powiesił się ostatni cesarz dynastii Ming, Chongzhen. Doprowadziły go do tego liczne powstania ludu spowodowane klęskami nieurodzaju, głodu i epidemiami. My też zaczęliśmy odczuwać głód, ale nie ma „zmiłuj się” - tego dnia obiadu w programie nie było. Zamiast tego poszliśmy do herbaciarni (podobno z wyższej półki, ale nie najwyższej), gdzie zapoznawaliśmy się z kulturą parzenia i picia herbaty. Dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy na temat różnych herbat: czarnej, zielonej, białej, żółtej (nie wiedziałem że taka jest), czerwonej (pu-erh) czy ulung. Co ciekawe, Chińczyczy określają kolor herbaty na podstawie koloru liści, a nie naparu, więc pu-erh jest dla nich czarną. Ceny w sklepiku były dość drogie, nawet za najtańsze produkty. Nie mówiąc już o najdroższych, które kosztowały ponad 23.000 yuanów za pół kilograma (ok. 15.000zł)! Herbaty więc stamtąd nie przywieźliśmy, ale przywieźliśmy coś innego: zasmakowaliśmy w herbacie jaśminowej (oczywiście, zielonej), która jest bardzo popularna w Chinach. A obiad mieliśmy we własnym zakresie, podczas czasu wolnego w dzielnicy hutongów, nad jeziorem Houhai.

Hutongi

Wpychamy się do wnętrza jednego z hutongów
Wąski uliczki pekińskich hutongów

Hutong to tradycyjny chiński zespół szczelnie połączonych ze sobą parterowych budynków, z nieotynkowanej, szarej cegły. Budowane były na planie prostokąta wokół małych, wspólnych dziedzińców. Wąskie ulice w lepszych dzielnicach były utwardzone, ale najczęściej nie, zmieniając się podczas deszczu w błotne potoki. Hutongi zazwyczaj nie posiadają sieci wodociągowej i centralnego ogrzewania, a mieszkańcy korzystają ze wspólnego wychodka na podwórzu. Kiedyś często był tylko jeden na całą ulicę, gdzie spotykano się na plotki. Do teraz zostało im załatwianie sie w publicznych toaletach przy otwartych drzwiach i pogaduszki podczas „posiedzeń”. Pierwsze hutongi powstawały już w XIIw., a obecna zabudowa liczy ponad 100 lat. Przez wieki cesarze mieszkali w swoich pałacach, a zwykły lud w hutongach. Od połowy XXw. hutongi są wyburzane, aby zrobić miejsce na nowoczesne budynki mieszkalne, arterie, centra handlowe i biurowe oraz fabryki. Wysiedlani mieszkańcy otrzymują w zamian mieszkania o podobnej wielkości w blokach. Najwięcej wyburzeń miało miejsce przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008r i wystawą Expo 2010, kiedy gwałtownie rozrastała się infrastruktura komunikacyjna - nowe linie i stacje metra, szerokie ulice. Z 7.000 hutongów pozostało około 2.000. Władze uznały wreszcie, że to dziedzictwo, które należy zachować i obecnie nie prowadzi się już masowych wyburzeń. Ale zamiast tego mieszkańcy zobowiązani są do udostępniania swoich mieszkań turystom. Ceny gruntów pod hutongami osiągnęły astronomiczne ceny - kilku tysięcy dolarów za m2. Ubodzy mieszkańcy hutongów stali się więc milionerami, ale tylko w teorii, bo skoro wstrzymane są wyburzenia pod nowe inwestycje, nie ma nabywców.

Seniorzy spędzają wolny czas na grze w „zośkę”. Z tyłu babcie rżną w karty
Zwiedzamy pekińskie hutongi, podróżując tradycyjną rikszą rowerową

Wąskimi, krętymi uliczkami hutongów mieliśmy okazję przejechać się rikszami rowerowymi. Oczekując na niewielkim placyku, na tyłach wieży bębna lub dzwonu, na swoją kolej, mogliśmy zaobserwować bujne życie towarzyskie: mieszkańcy okolicznych hutongów, głównie w starszym wieku, wspólnie spędzali czas na grze w karty czy zabawach ruchowych - np. grę w „zośkę” (szmacianą piłkę wypełnioną piaskiem). Nie przejmowali się naszą obecnością i ciekawskimi spojrzeniami, a nawet ucieszyli się, kiedy jedna osoba z naszej wycieczki przyłączyła się do zabawy. Chińczycy prowadzą takie życie towarzyskie, że często spotykają się na placykach czy skwerach i wspólnie ćwiczą tai-chi - dla rozrywki i utrzymania ciała w dobrej kondycji na starość. Wolą nie chorować, bo opieka zdrowotna jest droga i niewielu na nią stać. Prawie codziennie, zwłaszcza rano i wieczorami, widzieliśmy takie grupki ćwiczących. Jest to u nich tak popularne, jak u nas jogging, czy jazda rowerem dla przyjemności.

Nocny pociąg do Xi'an

Tego wieczora wyjeżdżaliśmy nocnym pociągiem do Xi'an, więc aby uniknąć niespodziewanego utknięcia w korku, kolację jedliśmy niedaleko od dworca kolejowego Beijinxi (Pekin Zachodni). To niestety stary dworzec i nie było możliwości podjechania autokarem pod jego wejście - musieliśmy ok. 300 metrów przejść z walizkami. Do budynku dworca w Chinach nie łatwo jest wejść. Najpierw pierwsza kontrola biletów i paszportów, a zaraz za nią skanery bagażu i bramki bezpieczeństwa, takie jak na lotniskach. Przyszedł czas na rozstanie z naszą przewodniczką po Pekinie - Oliwią. Fajna, wiecznie uśmiechnięta, bezpośrednia dziwczyna - z każdym uściskała się na pożegnanie. Byliśmy przed czasem, więc około godziny musieliśmy poczekać w wielkiej poczekalni. Na 20min. przed odjazdem można było zjechać schodami na peron - oczywiście po kolejnej kontroli (i przedziurkowaniu) biletów. Nasz pociąg już stał, ale żeby wejść do wagonu trzeba było po raz trzeci okazać bilet.

Łazienka w nocnym pociągu
Tablica odjazdów na dworcu Beijinxi

Miasta Pekin i Xi'an dzieli 1100km. Choć jest między nimi autostrada, to autokar jechałby nią co najmniej 12 godzin - była by to bardzo męczącza podróż nocą, a za dnia dodatkowo strata czasu. Przejazd pociągiem to doskonały pomysł organizatora - też 12h podróży ale na leżąco. Jechaliśmy tzw. „wolnym pociągiem”, który maksymalnie osiągał ok. 140km/h, ale nie zatrzymywał się po drodze. Wagony sypialne z 4-osobowymi przedziałami, były bardzo podobne do naszych. Jedyną różnicą była duża (na 3 osoby) łazienka, no i toaleta „na małysza”. Od roku turyści z Rainbow mogą zabierać bagaż główny do przedziału - nasze wielkie walizy z drobnymi problemami zmieściły się pod dolnymi łóżkami, ale na górnej półce było jeszcze luźno. Dzięki temu nie ma ryzyka okradzenia, co się podobno sporadycznie zdarzało wcześniej, kiedy walizki jechały w wagonie bagażowym. Niektórzy z naszej wycieczki kontynuowali zapoznawanie się przy alkoholu, ale my od razu padliśmy i obudziliśmy się tuż przed Xi'an, wyspani i wypoczęci. Pola zaczęły ustępować budującym się blokom na kilkanaście kilometrów od dworca, który był w centrum - Xi'an to duże miasto, zamieszkałe przez 7 mln mieszkańców. Niestety wysiadaliśmy na starym dworcu - z peronu musieliśmy gramolić się z walizkami po zwykłych schodach. I na koniec podróży jeszcze ostatnia, czwarta już kontrola biletów. Z biletami musieliśmy się zresztą rozstać - kolejny nasz chiński przewodnik - Hugo - musiał się z nich podobno rozliczyć. (Podobno jego matka była zafascynowaną Francją i Wiktorem Hugo - stąd to imię.)