Dzień 5: Muzeum Terakotowej Armii koło Xi'an

Terakotowa wojowniczka - Mulan?
Wystawa sklepu przy manufakturze wyrobów terakotowych

Opuszczamy bardzo fajny hotel (Starway) i centrum Xi'an i udajmy się na wschód do muzeum Terkotowej Armii. Choć jedziemy autostradą, to cały czas w obrębie granic miasta - za oknami widać nowoczesne dzielnice mieszkaniowe, z dużymi przestrzeniami, szerokimi arteriami i mnóstwem zieleni. Nie ma korków, więc ok. 40km trasę pokonujemy w niecałą godzinę. Zanim jednak dotrzemy do miejsca głównej atrakcji, zatrzymujemy się na pół godzinki w manufakturze wytwarzającej figury z terakoty. Powstają tu repliki oryginalnych figur Terkotowej Armii, ich miniatury, a także inne figurki i rzeźby. Co jednak ważne - z takiego materiału, którego użyto ponad 2 tys lat temu, choć pewnie techniki wytwarzania bardzo się zmieniły. Pełnowymiarowe repliki starożytnych figur zapewne nie sprzedają się tak dobrze, choć podobno są amatorzy kupujący takie - albo z oryginalnymi rysami twarzy wojowników z epoki Qin, albo z twarzą zamawiającego. Największe zbycie mają jednak miniaturki wysokie na kilkanaście centymetrów. Na przykładzie takich właśnie figurek mogliśmy zobaczyć jak powstają takie wyroby. Terakota (wł. terra cotta – ziemia wypalona), to nic innego tylko bardzo czysta glina wypalona w piecu, w temp. ponad 1000°C. Taka sama, jaką mamy w postaci płytek na ścianach i podłogach w naszych mieszkaniach (chyba, że mamy gres, który składa się z gliny zmieszanej z innymi składnikami). Miękką glinę wciska się do form i pozostawia przez min. tydzień aby wyschła i stwardniała, a dopiero potem wypala w piecach. Po wystudzeniu rzeźby mogą być pomalowane lub nie. W jednym z pomieszczeń widzieliśmy, rzemieślnika rzeźbiącego z gliny wierne popiersia współczesnych osób, na podstawie zdjęć z 3 lub 4 stron. Podobno jest sporo chętnych na takie portrety - głównie obcokrajowców. Cóż - niektórzy chcą mieć w ogródku przed domkiem gipsowe krasnale z Polski, inni w salonie glinianie figurki z Chin.

Terakotowa Armia

Posąg cesarza Qin Shi - twórcy Cesarstwa Chińskiego i Terakotowej Armii
Prawie puste korytarze do drugiego stanowiska kontroli

Docieramy wreszcie do Muzeum Terakotowych Wojowników i Koni - jak oficjalnie się to nazywa. Nasz autokar parkuje na prawie pustym parkingu, a mogło by się tu zmieścić kilkadziesiąt takich pojazdów. Parkingów podobnej wielkości mijaliśmy po drodze kilka, a jak i tam zbraknie miejsc, to pozostają okoliczne drogi, na tyle szerokie, że i autokar się tam może zatrzymać. Usiłujemy wyobrazić sobie jakie tu mogą być tłumy, np. w wolny pierwszy majowy tydzień. Tym wyobrażeniom pomagają bardo długie, ograniczone barierkami, podejścia do kas i bramek bezpieczeństwa - teraz prawie puste. (Kontrola biletów jest w dwóch miejscach - na początku, razem z bramkami bezpieczeństwa i na końcu drogi łączącej kasy z muzeum.) Mijamy wielki posąg cesarza Qin Shi i wąską dróżką przez zagajnik, który jednak nie daje cienia, docieramy do muzeum. Dla osób, które mają problemy z pokonaniem tych kilkuset metrów, jest możliwość podwózki wózkiem inwalidzkim, pchanym przez obsługę. Ale nie widzieliśmy chętnych. Zbliża się południe, prognoza na ten dzień przewiduje ponad 30°C, a nie ma choćby odrobiny wiatru. W końcu docieramy do placu, przy którym stoją przykryte hangarami zagłębienia ze znaleziskami oraz budynek muzeum. Tu się rozdzielamy - będziemy mieli 2h czasu na samodzielne zwiedzanie. Niestety nasz chiński przewodnik - Hugo - dał trochę ciała. Dowiedział się, gdzie będzie wyświetlany kilkunastominutowy filmik, prezentujący na panoramicznym ekranie obrazy z wykopalisk i jakieś animacje. Podobno ciekawe. Ale nie dopytał się, że między 12:00 a 13:00 obsługa robi sobie przerwę obiadową (nigdzie to nie było napisane). My postanowiliśmy najpierw zwiedzić wykopaliska, a jak już dotarliśmy tam, gdzie miała być projekcja, zastaliśmy zamknięte drzwi. Ci, którzy zrobili to w odwrotnej kolejności, mieli szczęście. Zaczynamy zwiedzanie od głównego hangaru - nad zagłębieniem nr 1 (Pit no 1) - to pierwsze odkryte i udostępnione miejsce. I największe.

Dwa główne hangary (nr 1 i nr 3) skrywające wojowników z terakoty
Na mminiaturkach widac jak kolorowe mogły być oryginały

Pod koniec epoki dynastii Zhou (1046-256 p.n.e.) - najdłużej panującej w Chinach, kaj podzielony był na ponad 100 małych państewek feudalnych (Okres Walczących Królestw). Na tron jednego z tych państewek - Qin [czin] - jako jego król, w 247r. p.n.e. zasiadł syn poprzedniego władcy - o imieniu Zheng. Miał wówczas zaledwie 13 lat, więc nie miał jeszcze pełni władzy. Kiedy po kilku latach wyzwolił się spod zwierzchnictwa regentów rozpoczął wielką kampanię wojenną. W błyskawicznym tempie, na przestrzeni lat 234-221 p.n.e., podbijał kolejne królestwa, doprowadzając do kresu Epoki Walczących Królestw. W roku 221 p.n.e. Zheng ogłosił się Pierwszym Cesarzem - nowej dynastii (Qin) i nowopowstałego Cesarstwa Chińskiego. Miał wówczas 38 lat. Jego błyskawiczną karierę i dokonania militarne obecnie porównuje się czasem do podbojów Aleksandra Wielkiego, który żył wiek wcześniej. W krótkim czasie utworzył niezwykle dobrze zorganizowany aparat państwowy, oparty na ujednoliconym prawie, pieniądzu i służbie administracyjnej, ale też na tyranii władcy. Cesarz przeprowadził reformę agrarną - pańszczyznę zastąpiono podatkiem, a chłopi stali się właścicielami ziemi, jednak nadal byli mocno uciskani podatkami i innymi zobowiązaniami. Rozpoczął też budowę Wielkiego Muru (wówczas były to głównie wały ziemne). Za jego rządów ujednolicono też pismo, doprowadzając je do postaci, która stała się podstawą współczesnego pisma chińskiego. Nie we wszystkich dziedzinach zapisał się jednak pozytywnie - oprócz wspomnianej tyranii, zasłynął spaleniem ksiąg (wtedy zapisanych na zwojach bambusowych, papier wynaleziono później), głównie konfucjańskich, co miało ograniczyć ryzyko rewolty uczonych oraz zgładzeniem setek uczonych. Do prac nad Wielkim Murem zmuszano wielu chłopów - podobno wówczas, przy jego budowie, zginęło ponad milion robotników. Rosnące obciążenie chłopstwa doprowadziło do wybuchu buntów chłopskich, wspieranych przez szlachtę rodową wysiedloną wcześniej ze swych posiadłości i pozbawioną przywilejów. Po śmierci cesarza w 210 r. p.n.e., doprowadziły one do upadku ustanowionej przez niego dynastii Qin (206 p.n.e.) - najkrótszej w dziejach Chin. Jednak wielkie osiągnięcia państwowości przetrwały ponad 2000 lat i były wykorzystywane przez następne dynastie. Po upadku dynastii Qin, to właśnie konfucjanizm, z którym walczył cesarz, stał się dominującą ideologią Chin, a władca został przez jej wyznawców uznany za tyrana.

Terakotowa Armia - zbliżenie
Terakotowa Armia - sektor nr 1 (ok. 1500 odkopanych figur, spośród ponad 3000)

Wkrótce po wstąpieniu na tron królewski, jako nastolatek, rozpoczął budowę swojego grobowca, a właściwie mauzoleum. 1,5km na wschód od miejsca spoczynku cesarza, umieszczona została Terakotowa Armia, która miała go strzec i pomóc odzyskać władzę w życiu pozagrobowym. Jest to zbiór ponad 8 tys. terakotowych posągów przedstawiających normalnych rozmiarów (1,6-2m) wojowników, wraz z końmi i całym osprzętem. Prace nad nimi trwały 38 lat, a w budowę zaangażowanych było 700 tys. rzemieślników i robotników z całego imperium, w tym niewolników, których zabito i pochowano w pobliżu nekropolii. Każda figura posiada cechy indywidualne, każda twarz jest inna i przedstawia inne emocje, żołnierze przedstawieni są w różnych pozycjach, prawdopodobnie do każdej figury pozował inny człowiek. Badacze dopatrzyli się np. 24 różnych wzorów wąsów. Z powodu niepowtarzalności, rekonstrukcja uszkodzonych egzemplarzy jest trudna i żmudna. Nogi każdej z rzeźb są lite, natomiast korpus i głowa puste w środku, co ułatwiało transport i stabilizowało rzeźby w pionie. Terakotowi wojownicy prowadzą konie i wozy, noszą precyzyjnie wykonane mundury i kolczugi, a każdego można łatwo przypisac do określonej szarży czy rodzaju służby. Po charakterystycznym ułożeniu kitka włosów można np. rozpoznać łuczników. Są wśród nich cywile (medycy) a nawet 2 metrowej wysokości generał, górujący nad pozostałymi. Analizy materiałów wykazały, że wszystkie rzeźby wykonano z tej samej gliny. W trakcie pogrzebu cesarza w 210r. p.n.e. cała armia również została umieszczona w podziemnych pomieszczeniach, których wysokość wynosiła ok. 3 m. Ich posadzki zostały wybrukowane cegłą, a konstrukcję dachu wykonano z drewna. Z biegiem czasu dach zawalił się, a figury zasypała ziemia, kruszą wiele z nich.

Terakotowa Armia - precyzyjnie oddane szczegóły fryzury
Czoło Terakotowej Armii

Figury zostały odkryte przez trzech chłopów, którzy kopali w tym miejscu studnię. Wkrótce znalezisko stało się jedną z największych atrakcji Chin, obok Wielkiego Muru i Zakazanego Miasta. Dziś to żelazny punkt wycieczek turystycznych - zarówno lokalnych, jak i zagranicznych. W 1987r. Terakotowa Armia została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Legendy mówią o niezliczonych skarbach pochowanych w samym grobowcu, ale dlaczego mamy im wierzyć? Choćby dlatego, że przez wieki krążyły legendy o kamiennych wojownikach, strzegących spokoju cesarza, które wkładano między bajki. Aż do teraz. Chińczycy nie palą się do odkopywania grobowca - wiara w straszne konsekwencje zakłócania spokoju duchów, zwłaszcza tak potężnego władcy, utrzymuje ich od tego z daleka. Jeśli więc zdecydują się na wykopaliska, to zapewne zaangażują do nich obcokrajowców. Wzgórze, otoczone polami, które skrywa grób cesarza Qin Shi widzieliśmy z okien autokaru - znajduje się poza terenem zwiedzania. Ale wróćmy do wojowników.

Rekonstrukcja rydwanu (muzeum)
Terakotowa Armia

Zagłębienie nr 1, jest największym z trzech sektorów, w których odnaleziono glinianą armię. Znajduje się w nim kompletny pułk piechoty, liczący 3210 żołnierzy, w tym 200 kuszników i łuczników (spod ziemi odkryto około połowę). Wyposażeni zostali w różnego rodzaju prawdziwą broń (wykonaną z drewna i brązu) i 6 wozów bojowych, każdy zaprzężony w parę glinianych koni. Cały obszar pokryty jest ogromnym dachem, rozpostartym bardzo wysoko - pomimo upału nie było tam bardzo gorąco, ani duszno. Terakotową Armię mogliśmy oglądać z tarasu zbudowanego wzdłuż krótszych ścian, z wysokości mniej więcej II piętra i z trochę niżej położonego pasażu (wzdłuż dłuższych). Niestety nie można było podejść bliżej, ale i tak widzieliśmy dobrze niemal każdy szczegół posągów. Wiele z nich zachowało się w doskonałym stanie, część została mniej lub bardziej zniszczona, gdy zawalił się dach (w tym rydwany). Takie nagromadzenie postaci, wyglądających jak skamieniali, żywi wcześniej ludzie, robi niesamowite wrażenie. Zwłaszcza kiedy wyobrazimy sobie ich w kolorze (zielonym, czerwonym, błękitnym i fioletowym). Posągi pierwotnie były pomalowane, ale farba nie przetrwała próby czasu - w większości uległa zniszczeniu wiele lat temu, zanim odkopano postacie. A na tych, na których przetrwała do odkrycia, błyskawicznie ulegała zniszczeniu po wydobyciu z ziemi - w ciągu kilku minut kolorowa powłoka łuszczyła się i odpadała, co zostało udokumentowane na zdjęciach. Z tego powodu większość posągów nadal skrywa ziemia - czekają na opracowanie technologii pozwalającej na zachowanie barwy (podobno niemieccy naukowcy niedawno odkryli taką metodę).

Terakotowa Armia - figury w rekonstrukcji
Terakotowa Armia - figury w rekonstrukcji

Powoli, wśród tłumu Chińczyków (i nielicznych obcokrajowców) wąskim pasażem przechodziliśmy na drugi kraniec hangaru. Tam był „szpital”, w którym rekonstruowano posągi - podobno jednej osobie naprawa jednego posągu zajmuje około roku! Figurki były dobrze oświetlone przez słońce wpadające oknami w dachu - przy pochmurnym niebie nie byłby tak dobrze widoczne wszystkie szczegóły. W sąsiednim zagłębieniu (nr 2), nieco mniejszym i odkrytym kilka lat później, odkryto oddział kawalerii i inne oddziały pomocnicze. Natomiast w niewielkim sektorze 3 znajduje się prawdopodobnie dowództwo glinianej armii - odkryto tam posąg generała i oficerów. Jednak stan figur w tych sektorach jest znacznie gorszy niż w pierwszym. Oświetlenie też słabsze. Jedynym atutem tych dwóch hangarów są wystawki dokumentujące odkrywanie posągów, zdjęcia pokazujące kolorowe pokrycie glinianych figur i ustawione w szklanych gablotach dwa posągi - żołnierza i oficera - tu najbliżej można podejść do wojowników. W kolejnym, dość nowym budynku, znajduje się muzeum kompleksu. Największe wrażenie robią w nim zrekonstruowane rydwany.

Zielone wzgórze w oddali skrywa grobowiec Pierwszego Cesarza

Bardzo żałowaliśmy, że nie załapaliśmy się na filmik - podobno warty jest obejrzenia. Przy samym grobie cesarza odkryto także kilka posągów cywilów - w odróżnieniu od terakotowych wojowników są skąpo ubrani, dzięki temu widać z jaką precyzją odtworzono anatomiczne szczegóły ich ciała, mięśnie. Dotychczas sądzono, że w tamtych czasach tylko Grecy potrafili rzeźbić ludzi z taką precyzją i dbałością o szczegóły. Nie jest wykluczone, że posągi te powstały pod wpływem kultury Hellady. I jeszcze ciekawostka: dynastia Qin trwała zaledwie 15 lat, upadła 5 lat po śmierci założyciela. Jego syn, Drugi Cesarz dynastii Qin, został zmuszony do samobójstwa i pochowany jako zwykły człowiek w parku. Przez kolejne 400 lat w Chinach panowali przedstawiciele dynastii Han. Kilkadziesiąt kilometrów od nekropolii Pierwszego Cesarza, jest podobna, nie eksplorowana jeszcze na taką skalę, nekropolia 4 cesarza dynastii Han - Han Jingdi (157-141 p.n.e.). A wokół Xi'an pochowano jeszcze kolejnych 10 cesarzy z tej dynastii. Ale jeśli oprócz samego grobu nie zostanie tam odkrytego nic na miarę Terakotowej Armii, wątpliwe jest żeby Chińczycy chcieli tam kopać na większą skalę. Na razie odkopano tam w dużych ilościach jedynie figury zwierząt: świń, owiec, kóz i psów. Postacie ludzi odkryto nieliczne. Ale co charakterystyczne - są one 3x mniejsze niż te odkryte przy grobowcu Qin.


Szybkim pociągiem do Luoyang

Szybki pociąg z Xi'an do Luoyang - widok z okna
Szybki pociąg z Xi'an do Luoyang

Zgodnie z programem, do Luoyang, kolejnej starożytnej stolicy, mieliśmy jechać autokarem. To prawie 400km, więc podróż zajęła by nam co najmniej 5h. Szybki pociąg, rozpędzający się do ponad 300km/h jedzie tam w niecałe 2h, łącznie z czasem który spędzi się na dworcu. Ta zmiana była doskonałym pomysłem naszego organizatora. Po obiedzie, na który pojechaliśmy ponownie do terakotowej manufaktury, autokar zawiózł nas na dworzec kolejowy Xi'an Bei (północny). Obawialiśmy się, że będziemy odjeżdżać z tego samego dworca, na który przyjechaliśmy i znów będzie trzeba nosić po schodach walizki. Ale na szczęście szybkie pociągi jeżdżą tylko z nowego. Dworzec przypominał wyglądem terminal lotniska - ponad trzynastoma peronami zbudowana jest wielka hala (200x500m), która mieści kasy, poczekalnie (z wygodnymi, miękkimi fotelami), kilka punktów gastronomicznych i punkty kontrolne (biletów, bramki bezpieczeństwa). Tak wielka, że dwa nasze warszawskie Dworce Centralne zmieściłby się w jej wnętrzu (w Zhengzhou będzie jeszcze większa!). Wybudowany jest tuż przy węźle autostradowym, skąd odnogą dotarliśmy pod samo wejście - widać, że to dworzec nowego typu, nie jak ten wcześniejszy w Xi'an, albo ten w Pekinie, z którego odjeżdżaliśmy. Jazda z prędkością ponad 300km/h, to nie tylko wygoda, ale i frajda. My o takich prędkościach możemy pomarzyć, a Chińczycy takich linii kolejowych mają już ponad 20.000 i wciąż budują nowe. Jechaliśmy przez tereny rolniczo-przemysłowe, mając pod koniec drogi z jednej strony wysokie góry, a z drugiej wąską, jeszcze w tym miejscu, Żółtą Rzekę (Huang-he). Co chwila za oknami migały nam osiedla kilkunastu-kilkudziesięciu wysokich, 30-piętrowych bloków - część była zamieszkała, ale wiele jeszcze się budowało. Przed samym Luoyang góry powoli obniżyły się.

Nasz hotel - Piwoniowy Pałac
W Luoyang wszystko kręci się wokół piwonii (ozdoby w sklepie hotelowym)

Luoyang było kilka razy stolicą Chin - od najstarszej dynastii Xia, przez Han, Sui do Tang. Wówczas była to bogata, międzynarodowa metropolia, choć może nie tak wspaniała jak Xi'an czy Nanking. Miasto uznawane jest za kolebkę taoizmu i buddyzmu - to tu zbudowano pierwszą buddyjską Świątynię Białego Konia (68r.), oraz poezji. Dziś to małe, jak na chińskie realia, miasteczko - ma zaledwie 2 mln. mieszkańców. Większość turystów, podobnie jak my, przyjeżdża tu tylko na nocleg, bo to dobre miejsce wypadowe do pobliskich grot Longmen i klasztoru Shaolin. Choć raz w roku, w kwietniu, Luoyang wyraźnie ożywa, kierując na sobie wzrok przybyszów z całego świata. Tu bowiem odbywa się światowy Festiwal Piwonii, które prezentowane są miejskich parkach. W wielu miejscach widzieliśmy tu nawiązania do tych kwiatów, począwszy od naszego hotelu - Peony Plazza. O wielkości miasta świadczył już dworzec, na którym wysiadaliśmy - miał zaledwie dwa perony. Oczywiście to nie jedyny dworzec w mieście - taki przystanek osiedlowy :). Po raz pierwszy (i chyba jedyny) podczas naszej wycieczki organizatorzy dali plamę. Autokar, który przyjechał po nas na dworzec okazał się dość mały i nie można było zmieścić wszystkich naszych walizek. Kierowca usiłował przez kilkanaście minut coś zrobić, nie chcąc przyznać się do porażki. W końcu ostatnie 3 wielkie walizy sami zapakowaliśmy do środka, pomiędzy siedzenia. Na szczęcie w autokarze tym mieliśmy spędzić tylko to popołudnie - w drodze na kolację, a potem do hotelu.

Luoyang. Widok z okna pokoju na 22 piętrze

Kolacja - rewelacja! Nie licząc uczty pierożkowej w Xi'an, a tylko rozpatrując typowe chińskie kolacje, ta była najlepsza na całej wycieczce. Restauracja też wyglądała na bardzo dobrą. Może jest tak, że jak mniejsze miasto, to za te same pieniądze organizator może kupić lepszą jakość (hotelu, wyżywienia). A hotel? Piwoniowy Pałac - bardzo fajny, choć nie tak dogodnie położony do spacerów, jak poprzedni. A to za sprawą wielkiego placu budowy przed nim, w miejscu gdzie jeszcze niedawno był park. Pewnie znów ten park powróci, jak zakończy się budowa metra (przypominam - to małe miasteczko, ledwie 2 mln mieszkańców, metro dopiero powstaje). Za to z lepszą restauracją, o czym przekonaliśmy się następnego dnia idąc na śniadanie. Znajduje się ona na 25 piętrze, skąd była ładna panorama na całe miasto (mieściła się w wybrzuszeniu widocznym na zdjęciu, wokół całego budynku). My też tym razem mieszkaliśmy wysoko - na 22p., widok mieliśmy głównie na 30-piętrowe bloki mieszkalne, stojące blisko hotelu, ale między nimi widać było dalszy kawałek miasta. Co ciekawe, mimo sporej ilości bloków, wokół nich zawsze było dużo zieleni. Tylko niesmowicie blisko siebie stały tak wysokie wieżowce. Ale w kolejnych miastach spotkamy jeszcze gęściejszą zabudowę, zwłaszcza w Szanghaju.