Dzień 7: Suzhou

Hala dworcowa
Wielki dworzec kolejowy Zhengzhoudong - czyli Zhengzhou Wschodni

Drugi raz tak się miło zdarzyło, że jadalnię hotelową podczas śniadania mieliśmy tylko dla siebie. Tym razem dlatego, że musieliśmy bardzo wcześnie wstać (jedyny raz podczas całej wycieczki), bo ok. 8:00 musieliśmy już być na dworcu. Restauracja bardzo elegancka, jedzenie smaczne, choć wybór nie za duży. A może tak nam się wydawało, po poprzednim śniadaniu :) Jadąc z hotelu mogliśmy przyjrzeć się trochę miastu - zdecydowanie ładniejsze niż Pekin, dużo więcej zieleni i wody, budynki nowocześniejsze, ulice szersze. Ale przez te wielkie przestrzenie nie miało takiego uroku jak Xi'an. Na dworzec dotarliśmy w 20 min, byliśmy więc znów sporo przed czasem, ale lepiej tak niż się spóźnić. Sam dworzec podobny do tego w Xi'an tylko jeszcze trochę większy - 16 peronów, więc i hala trochę dłuższa. Z wielkiego okna widać było jeden, wielki plac budowy, a dopiero daleko, na horyzoncie wysokie budynki. Miasto wciąż się rozbudowuje, a dworzec kilka lat temu zbudowany na jego obrzeżach, za chwilę znajdzie się w środku. Kiedy zeszliśmy na peron, zaskoczyły nas wmurowane w posadzkę tabliczki, wskazujące w którym dokładnie miejscu zatrzymają się drzwi konkretnego wagonu. Kiedy wjechał nasz pociąg „pomylił się” o około 30-40cm. Dla nas to magia - na naszych dworcach wiadomo zaledwie, w którym sektorze zatrzymają się określone wagony.

Węższy, prostopadły kanał - jest ich tu bez liku.
Kanał biegnący wzdłuż ulicy Shantang (albo odwrotnie)

Znów pociąg z tych szybkich, ponad 300km/h - zaczęliśmy powoli to tego przywykać, a ekscytację szybką, płynną jazdą zastąpiła lekka nuda, bo teraz jechaliśmy 3x dłużej - 4,5h (900km). Pewnym urozmaiceniem monotonii podróży było zachowanie personelu pokładowego - co około półgodziny przemieszczała się pani myjąc mopem idealnie czystą podłogę. A „kontrolerzy porządku” sprawdzali czy wszyscy jedziemy zgodnie z przepisami - z wieszaków na kurtki, płaszcze musieliśmy zdejmować powieszone tam lekkie torebki (nawet lżejsze niż niejeden płaszcz, ale to nie płaszcz). Ktoś opuścił roletę - musiał ją podnieść, bo to nie pora na spanie. A zwisające luźno z górnej półki paski od toreb czy plecaków musiały być upchane, żeby nie „dyndały” (jak próbowaliśmy ich czujność, złośliwie je wyciągając, to przy kolejnym przejściu znów zostały upchane). Porządek musi być! Ponieważ porę lunchu mieliśmy spędzić w pociągu, pilotka poradziła nam, żeby zaopatrzyć się w zupki chińskie, w plastikowych miseczkach, bo w każdym pociągu wrzątek musi być. Tak też zrobiliśmy. Jednak pociąg elegancki, pełen podróżnych - głupio nam było je zalewać, bo zapachy by się błyskawicznie rozniosły. Uznaliśmy, że nie będziemy robić „wiochy”. Ale kiedy minęło południe, Chińczycy zaczęli pojedynczo chodzić ze swoimi zupkami po wrzątek, więc i my się nie krępowaliśmy. W miarę jak dojeżdżaliśmy do Suzhou [sudżou], zaczęło się chmurzyć - prognoza niestety się sprawdzała: po upalnym pierwszym tygodniu ostatnie 4 dni miały być nie tylko chłodniejsze (o 5-10°C), ale też niestety deszczowe. Dużą wilgotność widać było jak jechaliśmy autokarem przez miasto - większość drapaczy chmur skrywała mgła.

Suzhou - ulica Shantang

Pagoda Świątyni Baidong
Ulicy Shantang - część bardziej turystyczna

Ponad 40% powierzchni Suzhou zalane jest wodą. Cały obszar prowincji Jiangsu, w której leży to miasto, pełen jest kanałów, potoków, stawów i malowniczych jezior. Kanały budowany były m.in. w celu nawadniania licznych w tym mieście ogrodów (więcej o nich: jutro). Właśnie z tego względu położone na zachód od Szanghaju miasto, znane jest jako „Wenecja Orientu” albo „Wenecja Wschodu”. Zbudowane 2.500 lat temu, pełne jest „chińskości”, tradycyjności, ale i jak na zmodernizowane Chiny przystało, także nowoczesności. Zwiedzanie Suzhou rozpoczęliśmy od ulicy Shantang - spacerowej, brukowanej uliczki biegnącej wzdłuż kanału (oddzielony jest rzędem domów). Dawniej, w czasach Cesarstwa Chińskiego była to reprezentacyjna ulica, na której odbywały się różne ceremonie z udziałem ważnych osobistości. Cała ulica Shantang ma ponad 3,8 km długości, jednak najbardziej atrakcyjna jej część, zajmująca zaledwie 1/10 całości, nazywana jest Starą Ulicą Shantang - podobno nie zmieniła się od prawie 1200 lat. Dziś to miejsce bardzo turystyczne. Można przepłynąć się łódką, kupić słynne jedwabne produkty, napić się chińskiej herbaty i delektować się orientalną atmosferą. Idąc nią na południe, przecięliśmy znacznie szerszą ulicę z ruchem kołowym i zamiast iść dalej ulicą Shantang, próbowaliśy trochę pobłądzić zaułkami. Na dziedzińcu przed pawilonem, wyglądającym na bardzo stary, przywitał nas naturalnej wielkości posąg chińskiego poety Bai Juyi. Ten żyjący w epoce Tang (772-846) pisarz był autorem ponad 3000 utworów, które tworzył zgodnie z zasadą, że „poezja powinna odnosić się do rzeczywistości, a nie opisywać fikcyjne wydarzenia i miejsca”. W swoich utworach opisywał więc życie społeczne czasów w których żył, ukazując często niewygody codziennej egzystencji i ciężkie położenie najuboższych warstw. Przez dwa lata przebywał w Suzhou, pełniąc urząd prefekta miasta, być może mieszkał właśnie w tym domu. Podobno też z jego inicjatywy powstał kanał Shantang - odnoga Wielkiego Kanału, oraz ulica biegnąca równolegle do niego. Ale tego już nie sposób się dowiedzieć, bo Chińczy niewiele informacji dla turystów piszą po angielsku. Za tym pawilonem znaleźliśmy ciekawą, ośmioboczną pagodę Świątyni Baidong, nad brzegiem rzeki do której dochodził kanał. Ulica Shantang skręcała teraz i biegła jeszcze dalej, wzdłuż rzeki, ale nam niestety czas się kończył i musieliśmy powoli wracać.

Apteka medycyny chińskiej
Mniej turystyczna część ulicy Shantang.

Postanowiliśmy pójść jeszcze kawałek w przeciwną stronę ulicy, poza tą najstarszą częścią, gdzie eleganckie sklepiki i herbaciarnie ustąpiły miejsca sklepom i warsztatom dla miejscowych. Jedni tubylcy robili zakupy, jeździli skuterami, a inni leniwie wysiadywali na progach swoich sklepików. Tam było znacznie ubożej, ale chyba bardziej naturalnie. To specyficzne dla Chińskich miast - obok mniej lub bardziej eleganckich, nowoczesnych części są też takie, w których czas jakby zatrzymał się w miejscu. W Suzhou jest wiele takich urokliwych uliczek przy kanałach, nabierających dodatkowego uroku po zachodzie słońca. Mosty i ulice są podświetlone, a do tego lampiony i świece sprawiają, że miejsce robi się bardziej tajemnicze i magiczne. Niestety nie było nam dane pozostać tu dłużej i doświadczyć tego miejsca po zmierzchu. Niektórzy twierdzą, że określenie „Wenecja Wschodu” nie dotyczy samego Suzhou, ale mniejszych miasteczek i osad, położonych wokół niego np. Luzhi czy Tongli (oba położone ok. 25km od centrum Suzhou - zaledwie pół godziny jazdy). Inni z kolei te miasteczka nazywają „Małą Wenecją” - jak zwał, tak zwał - ważne, żeby poczuć te wenckie klimaty. My na chwilę opuszczaliśmy Suzhou aby spędzić popołudnie właśnie w tym drugim miasteczku.

Tongli

Tongli jest bardzo starym, ale doskonale zachowanym i zadbanym małym miasteczkiem, jednym z kilku chińskich „Wodnych miast”, w których w roli ulic występują kanały, rzeki i jeziora, a łódź jest znacznie praktyczniejszym środkiem lokomocji, niż rower. My tu dotarliśmy autokarem, ale z centrum Suzhou można bez problemu dotrzeć metrem. W miasteczku jest podobno 55 mostów, z których najsłynniejsze są trzy, związane z trzema błogosławieństwami: ślubu, urodzin dziecka i własnych urodzin. Z takich okazji ludzie zwykli przechodzić tymi mostkami, aby modlić się o zdrowie i szczęście. Najstarszy z mostów Tongli ma ponad 1000 lat - powstał za panowania dynastii Song (960-1297). Wyjątkowość Tongli polega też na tym, że jego zabytkowe centrum jest często wykorzystywane jako plan filmowy do wielu historycznych produkcji chińskich. Większość domów pochodzi jeszcze z czasów dynastii Ming i Qing, czyli mają po kilkaset lat - to aż niewiarygodne, że tyle przerwały. Domki położone na nabrzeżach są jednocześnie małymi sklepikami z miejscowymi produktami albo herbaciarniami. Od czasów starożytnych zamieszkiwało tu wielu poetów, malarzy, uczonych konfucjańskich i urzędników państwowych. Ich umiejętności przyczyniły się do postępu w wielu regionach kraju. Kilkadziesiąt zachowanych kamiennych tablic z różnych okresów i wiele nazw ulic upamiętnia tych wielkich mędrców. Spacerując po uliczkach na każdym kroku turysta napotyka ślady dostojeństwa tego wyjątkowego miasta.

Na jednym z kanałów w Tongli
Prawie jak w Wenecji. Tylko ten kapo ;-)

A skoro rolę ulic w tym mieście, podobnie jak w Wenecji, pełnią kanały, nie można tu być i nie popłynąć jednym z nich. Wsiedliśmy do odkrytej łodzi, napędzanej siłą rąk niemłodej już Chinki. (Prawie wszystkie łodzie miały żeński napęd - w Chinach nie ma taryfy ulgowej dla kobiet.) Łódź miała jedno wiosło, ale nie z boku, jak w przypadku gondoli - Chińczycy bowiem od wieków używają łodzi o pojedynczej płetwie, zamocowanej z tyłu jak ster i poruszanej na boki. Nasza „gondolierka” długo usiłowała nas namówić (na migi) na założenie kapoków. Jednak uznaliśmy, że w przypadku wypadnięcia za burtę bardzie od nich przyda się kuracja antybiotykowa. Płynąc taką łódką przez chwilę poczuliśmy się podobnie, jak kilka lat wcześniej, kiedy płynęliśmy gondolą po kanałach prawdziwej Wenecji. Choć trzeba przyznać, że chińska wersja „gondoli” jest mniej wygodna - zamiast miękkich foteli była drewniana ławka. Ale dodatkowym atutem był parasol z drzew, osłaniający od słońca - w Wenecji tego nie było. Przyjemnie było tak pływać kanałami, a ponieważ było tego dnia pochmurno i wcześnie zaczynało robić się ciemno, a dodatkowego cienia dawały drzewa, więc pod koniec naszej przejażdżki, gdzie-niegdzie zaczęły być widoczne rozświetlone, czerwone lampiony. Kilka razy na brzegu widzieliśmy młode panie pozujące do zdjęć w strojach z dynastii Ming lub wcześniejszych. Często dziewczyny od najbliższej rodziny dostają taką sesję w prezencie na 18 urodziny.

Uliczka w Tongli
Sesja zdjęciowa w tradycyjnym stroju

Bardzo wąskimi uliczkami, czasem wręcz korytarzami pomiędzy wysokimi kamienicami, trochę na skróty, szliśmy w kierunku herbaciarni. Kilka razy udało mi się zajrzeć obiektywem, przez uchylone drzwi lub okno, do wnętrza czyjegoś mieszkania. Bardzo ubogo tam było. To pokazuje jak wielkie jest rozwarstwienie społeczeństwa Chińskiego - od sporej liczebnie, wciąż rosnącej grupy młodych, nowobogackich w miastach, jeżdżących Porche i Audi, po takich jak tu, na prowincji. A jeszcze kilkadziesiąt lat temu prawie wszyscy byli równie biedni. Dotarliśmy do herbaciarni, gdzie mieliśmy zjeść dość wczesną (ok. 17:30) kolację - była bardzo smaczna, a dodatkowego uroku nadawały jej stare mury i wyposażenie. Obok herbaciarni był sklepik z pamiątkami - bardzo charakterystyczny z dwóch powodów. Sprzedawca, jak to chińczyk intensywnie usiłował namówić wchodzących do zakupów, ale ten miał chyba ADHD, bo wszędzie było go pełno. A drugi powód - to polski akcent - wymalowany pisakami kartonik: „Taniej niż w Biedronce” :-) Mieliśmy teraz ok. 45 min czasu na zakupy i wszystko byłoby fajnie gdyby nie zaczął padać deszcz :-(. Nie była to ulewa, ale po kilkudziesięciu minutach, mimo chowania się pod balkonami i w sklepikach, byliśmy mokrzy. Kurtki i parasole mieliśmy przygotowane, bo prognoza przewidywała deszcz, ale zostały w autokarze - kiedy wysiadliśmy było pochmurno, ale nie wyglądało, jakby miało padać. Jak się potem okaże, to jedyny raz kiedy zmokliśmy podczas całej wycieczki. Ale wtedy tego nie wiedzieliśmy i obawialiśmy się bardzo jak wyglądać będzie zwiedzanie Szanghaju w deszczu.

Zaglądamy przez okno - chyba pora posiłku
To już chyba nie uliczka tylko korytarz

Zakupy mimo deszczu udały się, więc mogliśmy wracać do hotelu w Suzhou. Zastaliśmy tam dość duże, przyjemne pokoje jednak humory popsuł nam głośny klimatyzator za oknem. O spaniu przy otwartym nie było mowy, a i przy zamniętym był słyszalny. Na szczęście okazało sie, że zanim poszliśmy spać został wyłączony (to był chyba klimatyzator od restauracji). Nie tylko pokój, ale pozostałe wnętrza hotelu też były przestronne i eleganckie, pomimo że sam budynek z zewnątrz, a zwłaszcza część z pokojami, nie wyglądały zbyt atrakcyjnie. Ale następnego dnia okazało się, że otoczenie hotelu jest bardzo przyjemne.

Wielki Kanał

Przez Suzhou przebiega Wielki Kanał - najdłuższy na świecie szlak wodny (1800km) wybudowany przez człowieka. Połączył on Chiny południowe i północne, miasto Hangzhou (leżące 150km na południe od Suzhou) z Pekinem (uwczesne Dadu). Większość rzek w Chinach płynie z zachodu na wschód - od wieków brakowało więc drogi wodnej w kierunku północ-południe. Stworzenie kanału wymagało podobnego wysiłku jak wzniesienie Wielkiego Muru. Przez długie lata budowały go miliony chińskich chłopów, przy wsparciu zaawansowanej, jak na owe czasy, technologii. Kanał przecina bowiem pięć dużych rzek: Jangcy, Rzekę Żółtą, Hai He, Huai He i Qiantang Jiang. I to w ich dolnych odcinkach (blisko morza), gdzie przelewają sie ogromne ilości wody. Na kanale wybudowano też 24 śluzy. Jest on również najstarszym z wielkich kanałów - niektóre odcinki powstały ponad 2500 lat temu.

Zaczął powstawać w Vw. p.n.e. - połączył wówczas Suzhou z rzeką Jangcy (85km). Kolejny etap budowy przypada na czasy panowania dynastii Sui (581-618). W 605 cesarz Yangdi nakazał przekopać nowy odcinek kanału, łączący ówczesną stolicę Luoyang z dotychczasowym końcem kanału. Według źródeł chińskich do robót zaangażowano milion osób, a prace zakończyły się po zaledwie 6 latach. Ten sam cesarz kontynuował prace w kierunku Pekinu - dla ułatwienia transportu żołnierzy walczących z Koreą. W tych czasach kanał osiągnął w sumie 2700km i połączył dwie wielkie rzeki: Jangcy i Huang He (Rzekę Żółtą), a przy budowie pracowało 5 mln robotników (wiele tysięcy zginęło). Dotychczas kanał zaczynał się w Suzhou, ale jedna z kolejnych dynastii - Song (960-1279) przedłużyła go do swojej stolicy w Hangzhou. Dzięki poprowadzonej drodze wodnej takie miasta jak Hangzhou czy Nankin wyrosły na najpotężniejsze ośrodki Chin. W okresie dynastii Yuan (1279-1368) przekopano nowy odcinek skracający drogę do Pekinu o prawie 1000km, a Hangzhou stało się największym miastem świata, zamieszkałym przez 1,5 mln mieszkańców (Wenecja miała wówczas ok. 100 tys.) Mongołowie nie wykorzystywali jednak w pełni Wielkiego Kanału, ponieważ preferowali zaopatrywanie Pekinu drogą morską. Ważność kanałowi przywrócili cesarze dynastii Ming i Qing - wykorzystywano go nie tylko do transportu towarów (ryż, jedwab, herbata, kamienie do budowy Zakazanego Miasta ), ale i wojska. W 1855 na skutek zmiany biegu rzeki Huang He część kanału przebiegająca przez prowincję Shandong stała się bezużyteczna. W 1981 roku rząd Chińskiej Republiki Ludowej podjął decyzję o rekonstrukcji kanału na długości od Hangzhou do Jiningu, a w 2014 został on wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kanał nadal stanowi istotny szlak transportu towarów barkami. Jednak obecnie w dużym stopniu wykorzystywany jest turystycznie - w okolicy Pekinu, ale przede wszystkim na odcinku Suzhou - Hangzhou. Organizuje się tu zarówno nocne rejsy, jak i w ciągu dnia. Niestety rozwój gospodarczy Chin w ostatnich latach, również w tym regionie sprawiają, że przemysłowe widoki z pokładu nie należą do najciekawszych.