Chińczycy na co dzień

Chiny przez stulecia rozwijały się w separacji od krajów Zachodu, tworząc własną, niepowtarzalną kulturę. A kiedy już Chińczycy otworzyli się na świat, to nadal byli (i w dużej mierze są) zamknięci na przejmowanie zachowań europejskich czy amerykańskich (poza pewymi wyjątkami). To co wytworzyli przez tysiąlecia, my nazywamy Cywilizacją Chińską, podobnie jak nazywamy inne wielkie cywilizacje: egipską, arabską, słowiańską itp. Dla nas to jedna z kilkunastu cywilizacji, które były lub są na Ziemi. Natomiast Chińczycy mówią o tym po prostu „Cywilizacja”, bo tylko siebie uznają za „cywilizowanych”, a wszyscy pozostali (nieco ponad 3/4 ludności Ziemi) według nich to barbarzyńcy. Obecnie głośno tego nie mówią, ale nadal tak myślą. Jak bardzo różnią się od nas można przekonac się choćby po ich codziennych zachowaniach i wzajemnych relacjach. I jeszcze taka uwaga: Chińczycy nie są jednolici etnicznie. Około 91% to Chińczycy Han, spadkobiercy ludności zamieszkującej państwo za czasów dynastii Han. Pozostałe 9% to ponad 50 różnych mniejszości, mniej lub bardziej zasymilowanych z Han. Oni jeszcze bardziej różnią się od mieszkańców Zachodu, kultywują własne wierzenia i obyczaje. A te 9% to przecież około 125 mln ludzi! A skoro już mowa o liczbie ludności: obecnie Chińczyków jest 1,4 mld - mniej więcej tyle co Hindusów, ale warto pamiętać o tym, że jeszcze 50-60 lat temu było ich 2x mniej - wzrost o 100%, podczas gdy w całej Europie był w tym czasie kilkukrotnie niższy. Większość Chińczyków mieszka obecnie w miastach (60%), ale jeszcze 40 lat temu mieszkało w nich zaledwie 25% ludzi. Przy obecnym poziomie migracji, za 10 lat w miastach będzie mieszkać 75% ludności - proporcje te odwrócą się więc w ciągu 50 lat (1980-2030).

Chińczycy nie lubią w dyskusji otwartej konfrontacji, rzadko słyszy się od rozmówcy to, co naprawdę myśli. Nauczeni są, by uśmiechać się, nawet gdy coś nie sprawia im przyjemności, lub gdy dyskusja nie idzie po ich myśli. Starają się za wszelką cenę nie odpowiadać NIE - bo to według nich bardzo niegrzeczne. Jeśli więc w sklepie zapytamy np. czy kupimy białą koszulę z krótkim rękawem, a sprzedawca nie będzie jej miał, to wprost tego nie powie. Przyniesie koszule z krótkimi rękawami we wszystkich innych kolorach, albo białe z długimi rękawami. Będzie kluczył, „owijał w bawełnę”, unikając odpowiedzi, że NIE ma. Ale jeśli go wówczas zapytamy, czy nie ma białej koszuli z krótkim rękawem, to z ulgą i uśmiechem potwierdzi, bo teraz powie TAK!

Chińczycy to generalnie brudasy. To, że ulice (jezdnie i chodniki) miast lśnią czystością, bez przerwy zamiatane i spłukiwane, wynika z odgórnego przymusu, żeby się przybysze nie dziwili. Różne opinie czytałem i słyszałem nt. ich podejścia do sprzątania i generalnie zasada jest chyba taka, że jeśli już trzeba, to sprząta się tylko to, co się najbardziej rzuca w oczy, a pod spodem zostaje syf. Np. okien w domach nie myją nigdy. Jeśli zapyta się Chińczyka dlaczego, to odpowie: a niby dlaczego miałby myć okna? Moje mimowolne obserwację, jak np. zaglądanie pod łóżka w hotelu przed wymeldowaniem, czy czegoś nie zostawiłem, tylko to potwierdzało. O higienę osobistą czy czystość ubrań też raczej nie dbają. To, że widzieliśmy turystów z prowincji w poplamionych ubraniach, może jakoś nie szokuje, w końcu ze wsi, po wielogodzinnej podróży itp. Ale liczne plamy na ubraniach niektórych naszych chińskich przewodników? No i pięknie zapuszczone brudne pazurki u przybyszów z prowincji... mnie nigdy nie udało się takich wyhodować.

Kiedyś Chińczycy notorycznie pluli na chodniki (po głośnym, obrzydliwym odcharknieciu), rzucali niedopałki papiersów, czy bez skrępowania załatwiali się na ulicach miast. Jednak przed Igrzyskami Olimpijskimi 2008, po masowej kampanii władz (m.in. na bilbordach), piętnujących takie zachowanie: „bo przyjadą obcy z zagranicy i będą się z was śmiali”, znacznie się to poprawiło. Ale sami byliśmy świadkami, jak przy głównej ulicy wielkiego i eleganckiego miasta (Xi'an), od grupki uczniów idących ze szkoły odłączyła się ok. 10-letnia dziewczynka i bez skrępowania przykucnęła na krawężniku i załatwiła się.

A propos załatwiania się i toalet. Jest ich teraz w miastach dużo, przy każdym miejscu turystycznym i nie tylko. Są darmowe, dość czyste choć nie zawsze jest w nich papier. Ale poza hotelami są to toalety w stylu dalekowschodnim - dziura w podłodze. No może nie dosłownie dziura, bo metalowa lub ceramiczna płaska misa, ale taka na równi z poziomem posadzki. My je nazywaliśmy „na Małysza” (wybacz Adam!), bo trzeba się tam załatwiać kucając. Do tego można przywyknąć, podobnie jak Chińczycy jadąc do Europy, muszą się nauczyć, ża na naszych sedesach nie staje się nogami, bo można spaść :-) - uczą ich tego na 3-dniowych kursach przygotowawczych przed takimi wycieczkami. Problem jest jednak inny - często takie toalety nie mają drzwi i parawanów, a jeśli nawet mają, to Chińczycy ich nie zamykają i załatwiają się przy otwartych. To pozostałość z hutongów, kiedy na całą ulicę była jedna toaleta, z nieogrodzonymi parawanami dziurami w ziemi, będąca jednocześnie miejscem „spotkań towarzyskich” i plotkowania.

Zachowanie Chińczyków podczas jedzenia też nie spełnia zachodnich norm. Nieobce im jest siorbanie i ciamkanie, co w zasadzie można jeszcze znieść. Branie pałeczkami jedzenia ze wspólnych misek wprost do ust już trudniej. Ale puszczanie bąków, bekanie pomiędzy kęsami raczej odbiera apetyt normalnemu człowiekowi. To, że coś spada z widelca na serwetę, czy podłogę? Albo jak coś nie pasuje w ustach, to się wypluwa na podłogę... trudno, to się wdepcze.

Chińczycy nie potrafią stać w kolejkach, a dodatkowo przepuszczanie kogoś jest dla nich nie do pomyślenia. Musieliśmy nauczyć się tak jak oni przepychać się, żeby np. zrobić sobie zdjęcie przy jakimś obiekcie, bo biernie czekając nie mielibyśmy na to szans. Być może dlatego na przystankach w samym centrum Pekinu, w godzianch szczytu, widzieliśmy ubrane odblaskowo osoby z chorągiewkami, których zadaniem było kierowanie tłumem podczas wsiadania i wysiadania z autobusów miejskich. Kiedy staliśmy w wydzielonej w postaci wąskiego pasa kolejce np. na lotnisku, to Chińczycy próbowali przeciskać się bokiem, żeby nas wyminąć. W drodze powrotnej już byliśmy „doświadczeni” i nie pozwalaliśmy na to.

Chińczycy nie uznają handlu bez targowania się. Prawie zawsze (poza państwowymi sklepami) znacznie zawyżają cenę wiedząć, że kupujący będzie chciał ją zbić. A jak mają do czynienia z białymi „dzikusami”, to zawyżają jeszcze bardziej. Po długich targach potrafią opuścić cenę o połowę albo nawet więcej, ale wymaga to twardych negocjacji (np. udawania, że się wychodzi ze sklepu, albo pokazywania, że w portfelu nie mamy tyle pieniędzy...). Nam się też kilkakrotnie udały takie targi, ale raz trafiliśmy na sprzedawcę, który twierdził twardo, że u niego nie można się targować (kupowaliśmy alkohol, więc może tak było).

Mieszkańcy miast (głównie panie, zwłaszcza młode) bardzo starają się, aby się nie opalić. Bo opalenizna to cecha „wieśniaków”, pracujących w polu, a elegancka jest tylko biała cera. Dlatego w słoneczne dni starają się przykryć każdy fragment skóry: zakładają pod bluzki z krótkimi rekawami coś w rodzaju podkoszulki z długim, albo rajstopy. Nawet w upały, a teperatura w Chinach nierzadko przekracza 30 i więcej stopni. Dodatkowo masowo noszą maski (przypominające chirurgiczne) często zakrywające prawie całą twarz. Często maski są czarne - wygląda to komicznie. Z tymi maskami jest jeszcze coś dziwnego: widzieliśmy w nich często osoby w pomieszczeniach (dworce), albo na ulicy w pochmurne dni, a nawet nocą (na lotnisku). Raczej nie były przeciwko smogowi, bo podczas naszego pobytu nie zaobserwowaliśmy go. Więc po co? Przyzwyczajenie? Ochrona przed potencjalnymi zarazkami w miejscach publicznych? Próba odizolowania się od społeczeństwa? Nie chciało mi się zrobić makijażu? Moda? To jak na razie pozostaje dla nas zagadką... W Japonii też popularne jest noszenie takich masek, ale tam noszą je chorzy, żeby nie narazić współpracowników czy współpasażerów na zarażenie. Chińczyków o taki altruizm nie podejrzewam. Wszechwiedzący Google też nie daje na to odpowiedzi. Słyszałem jeszcze taką opinię, że ładna twarz Chinki jest płaska, z małym nosem. A jak dziewczyna ma np. zbyt mocno wystające kości policzkowe, to się ich wstydzi i zasłania...nie za bardzo mnie to przekonuje. Osobiście stawiam na to, że to jednak ochrona przed rzeczywistym lub (częściej) wyimaginowanym smogiem, albo niechęć do zeskanowania i rozpoznania twarzy przez kamery na ulicach i w miejscach publicznych;

W miejscach publicznych musi być ogólnie dostępny i darmowy wrzątek! Czy to w pociągu, czy na lotnisku albo dworcu. Chińczycy potrzebują go parzenia herbatki, którą noszą całymi dniami w podręcznych bidonach na pasku owiniętym wokół dłoni, albo do zalewania zupek w porze lunchu. Jedziemy z Zhengzhou do Suzhou eleganckim, nowoczesnym pociągiem dużych prędkości (ponad 300km/h). Wybija 12:00 i Chińczycy, a za ich przykładem my, kolędujemy na koniec wagonu, gdzie można zalać wrzątkiem chińską zupkę. Ich zapach roznosi się po całym wagonie... Podobno Chińczycy podróżujący do Europy nie potrafią zrozumieć, że nie znajdą łatwo takiego wrzątku, a jeśli im się to uda, to będą musieli za niego zapłacić!

To tylko kilka przykładów nietypowych dla nas zachowań Chińczyków. W rzeczywistości jest ich dużo więcej, bo nasze kultury bardzo się od siebie różnią.